Izraelski attak na knwój z pomocą
humanitarną dla Gazy
Co najmniej 10 osób zginęło na skutek ataku izraelskich okrętów wojennych na
konwój sześciu statków z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy - poinformowała
agencja Reutera. Na jednym ze statków znajdowała się Ewa Jasiewicz z Ruchu Wolna
Gaza i redakcji polskiej Le Monde Diplomatique - poinformował redaktor naczelny
miesięcznika, Przemysław Wielgosz. Określił on izraelską operację "aktem
barbarzyństwa i piractwa".
Z doniesień wynika, że izraelska marynarka otoczyła wszystkie statki konwoju,
ale dokonała abordażu tylko na jeden z nich. Według arabskiej telewizji Al
Jazeera, do zdarzenia doszło na wodach międzynarodowych, 65 km od brzegów Strefy
Gazy. Akcja zakończyła się przejęciem jednostek.
Osoby, które miały płynąć na statkach, przeszły szkolenie, jak zachowywać się
wobec izraelskich żołnierzy nie używając przemocyPrzemysław Wielgosz, Le Monde
Diplomatique
Konwój składał się z dwóch statków transportowych, promu i trzech jachtów. W
niedzielę rano opuścił terytorialne wody cypryjskie. Statki prowadziła turecka
jednostka z 600 osobami na pokładzie.
Izrael od początku zapowiadał, że nie pozwoli dotrzeć statkom do rządzonej przez
radykalny palestyński Hamas Strefy Gazy.
Na pokładzie jednego ze statków znajdowała się Ewa Jasiewicz, obrończyni praw
człowieka polskiego pochodzenia, która urodziła się w Londynie. Około trzech
godzin przed wydarzeniem rozmawiała telefonicznie z Przemysławem Wielgoszem. -
Mówiła, że spodziewają się uderzenia, bo Izrael już wcześniej atakował
międzynarodowych aktywistów - wyjaśnia Wielgosz w rozmowie z Wirtualną Polską. -
Potem izraelska armia zablokowała połączenia satelitarne - mówi dziennikarz.
Izraelska armia podaje, że w wyniku operacji zginęło 10 aktywistów. Wcześniejsze
doniesienia mówiły o 16 ofiarach śmiertelnych. Jak pisze agencja Reutera, bilans
ofiar może być większy, gdyż izraelscy komandosi, którzy wkroczyli na statki z
pomocą, dokonują przeszukań i spotykają się z ostrym sprzeciwem ze strony
propalestyńskich działaczy.
Agresywni aktywiści?
Armia Izraela oświadczyła, że komandosi zostali ostrzelani i zaatakowani nożami.
Co najmniej czterech żołnierzy zostało rannych. "Komandosi marynarki wojennej
przejęli sześć statków, które chciały naruszyć blokadę morską (Strefy Gazy).
Podczas przejęcia żołnierze spotkali się z fizyczną przemocą ze strony działaczy,
którzy zaczęli do nich strzelać z ostrej amunicji" - podało wojsko.
Tymczasem Przemysław Wielgosz podaje, że aktywiści byli poinstruowani, by nie
stosować agresji. - Przed wyjazdem Ewa i inne osoby, które miały płynąć na
statkach, przeszły szkolenie, jak zachowywać się wobec izraelskich żołnierzy nie
używając przemocy. Umówili się nawet, by nie stosować agresji słownej - mówi
redaktor miesięcznika Le Monde Diplomatique.
"Barbarzyństwo i piractwo"
-
Aktywiści (...) nie przypuszczali, że rząd Izraela posunie się do tak jaskrawego
aktu barbarzyństwaPrzemysław Wielgosz
Aktywiści, którzy organizowali rejs nie przypuszczali, że rząd Izraela posunie
się do tak jaskrawego aktu barbarzyństwa. W dodatku jest to przejaw piractwa
morskiego, ponieważ wszystko wydarzyło się na wodach międzynarodowych - ocenia
Przemysła Wielgosz.
Także Turcja ostro potępiła izraelski atak na konwój sześciu statków z pomocą
dla Strefy Gazy. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Ankarze nazwało atak
działaniem "nie do zaakceptowania".
Aneta Jerska z Polskiej Kampanii Solidarności z Palestyną uważa, że atak Izraela
to złamanie prawa międzynarodowego i zbrodnia przeciwko cywilom. Jerska
podkreśliła, że na pokładzie tureckiej jednostki nie było niedozwolonych
produktów - jedynie pomoc humanitarna, która była sprawdzana w kilu portach - w
Irlandii, na Krecie i Cyprze.
Izrael wyraża ubolewanie
Jeden z izraelskich ministrów wyraził ubolewanie z powodu ofiar śmiertelnych na
pokładzie statków płynących z pomocą dla Strefy Gazy, przejętych wcześniej tego
dnia przez izraelską marynarkę wojenną.
- Mogę jedynie wyrazić żal z powodu wszystkich zabitych - powiedział w
izraelskim radiu minister przemysłu, handlu i pracy Benjamin Ben-Eliezer.
Agencja Reutera zauważa, że jest to pierwsze oficjalne przyznanie się Izraela,
iż w incydencie zginęli ludzie.
Polka z Londynu
Wśród zaatakowanych aktywistów znajduje się Ewa Jasiewicz - niezależna
dziennikarka i działaczka propalestyńska. Urodziła się w Wielkiej Brytanii w
rodzinie polskich emigrantów. Współpracuje m.in. z brytyjskim „The Guardian” i
polskim wydaniem „Le Monde Diplomatique”. W 2008 roku była świadkiem izraelskiej
ofensywy w Strefie Gazy, podczas której zginęło około 1400 ludzi.
Czytaj więcej w artykule Jasiewicz: "Codzienny koszmar Gazy" oraz "Jak Izrael
morduje Gazę".
Przez ostatnie pięć dni i nocy pracowałam przy karetkach palestyńskiego
Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w Dżabaliji, Bejt Hanun i Bejt Lahija.
Przez ostatnie pięć dni służby Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca były
blokowane; nie pozwalano na ewakuację rannych i wywóz ciał ofiar śmiertelnych z
kluczowych terytoriów wokół Dżabaliji i miasta Gazy. Siły specjalne zajęły domy
w strefach Zeitun, Atarturah, Zumo i Salahedin - pisze w styczniowym "Le Monde
Diplomatique" Ewa Jasiewicz.
Paramedyczny zespół Alego Khalila został ostrzelany w poniedziałek popołudniu -
Powiedziano nam, że dzięki koordynacji Czerwonego Krzyża dostaliśmy wolny
przejazd ze strony izraelskiej armii, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, strzelano
do nas. Musieliśmy zawrócić.
Wczoraj wieczorem ochotniczo pracujący dla służb medycznych Hassan został
postrzelony w nogę; razem z kolegą musieli zostawić nosze, które mieli ze sobą,
ponieważ dostali się w zasięg ognia izraelskiego snajpera. Mówi się, że na
ulicach leżą stosy trupów, do których nikt się nie przyznaje. Palestyńskie
Towarzystwo Czerwonego Półksiężyca szacuje, że nie było w stanie zająć się około
230 rannymi.
Krążą opowieści o osiemnastu trupach w jednym tylko domu i o człowieku, który
umiera od wcale nie śmiertelnych ran, tylko przez brak dostępu do opieki
medycznej.
Zeszłej nocy ok. 21.00 Marwan, doświadczony pielęgniarz z bliznami po kolejnych
izraelskich inwazjach, zajmował się jednym rannym po drugim. Został postrzelony
w nogę przez izraelskiego snajpera we wschodniej Dżabaliji. Jeszcze przedwczoraj
przez zaciśnięte zęby mówił o swojej pracy - To nie jest życie, lepiej byłoby
nie żyć, wolałbym umrzeć, niż patrzeć na to wszystko.
Blokowanie pomocy przypomina sytuację podczas bitwy o Dżenin w 2002 r. Izrael
nie pozwolił karetkom na wjazd do obozu - jedna z nich została wysadzona w
powietrze pociskiem czołgowym, zabito też dr. Khalila Sulleimana, dyrektora
palestyńskiego Czerwonego Krzyża. Armia odcięła wodę i prąd, a następnie przez
11 dni zrównywała z ziemią całą okolicę, której mieszkańcy wciąż pozostawali w
swoich domach. Oficjalna liczba ofiar śmiertelnych po jedenastu dniach
dżenińskiej masakry wynosiła 58, jednak szacowano, że została zaniżona. Tu, w
Dżabaliji, tyle ofiar zmarło w ciągu tylko czterech dni w zeszłym tygodniu, a
tylko wczoraj - niemal tyle samo. Od 27 grudnia do 5 stycznia w samym tym
mieście zabito 119 osób i raniono 662. Oznacza to, że średnio każdego dnia 15
osób umiera gwałtowną śmiercią. 6 stycznia podczas masakry w szkole w Fakhurze
zabito 50 osób. Władze szpitala mówią, że ten dzień był najgorszym dniem w
Dżabaliji.
Sporadycznie dochodzi do starć między bojownikami palestyńskiego ruchu oporu,
uzbrojonymi w proste karabiny maszynowe, wynalezione skądś granaty i okutanymi w
ciepłe ubrania, a czwartą na świecie armią wyposażoną w najnowocześniejsze
samoloty wojskowe, czołgi Merkava, wsparcie i koordynację regionalnego rządu,
wywiad, zielone światło na bezkarne zabijanie w imię samoobrony, zbroje z
kewlaru, noktowizory i wakacje w Goa, kiedy okaże się, że komuś puściły nerwy.
Tymczasem służby paramedyczne, kierowcy i ochotnicy służb ratunkowych ryzykują
życiem za każdym razem, gdy wyjeżdżają z bazy - a częstokroć nawet, kiedy w niej
pozostają.
Ze względu na izraelski ostrzał na początku zeszłego tygodnia medycy ewakuowali
bazę, oryginalnie umieszczoną przy ulicy Saladyna. Przenieśli się następnie do
szpitalu Al Awda w Bejt Lahija, chcąc odsunąć się od frontu wojennego, a
następnie znowu do ośrodka gminnego w Moaskar Dżabalija, dla "bezpieczeństwa".
Mimo to - i bez względu na ogłuszające wybuchy i bomby spadające w okolicy -
izraelski samolot zwiadowczy w poniedziałek o 12.45 wystrzelił dwie rakiety na
teren szpitala Al Awda. Pierwsza trafiła w samochód policyjny, druga dwie minuty
później trafiła w ziemię kilka metrów przed frontową ścianą przyszpitalnej
kliniki. Dwaj pracownicy ratunkowi zostali ranieni w głowę i twarz, ale wszyscy
mieliśmy szczęście - udało nam się uciec bez większych strat.
W chwili obecnej jesteśmy z powrotem w bazie w Dziabaliji. Niedaleko odgłosy
ostrzałów z czołgów, uderzenia śmigłowców Apache i zwykłe strzały z broni palnej
mieszają się ze szczekaniem czołgowych karabinów maszynowych kaliber 50,
wybuchami granatów i dręczącym hałasem samolotów zwiadowczych.
Wczoraj około pierwszej nad ranem zawołano mnie do wybuchu w obszarze Moaskar
Dżabaliji. Na miejscu powitała nas czarna czeluść, najeżona połamanymi rurami, z
których wciąż lała się woda, szkłem, odłamkami betonu i poskręcanym metalem. -
Oni są tam na dole, zajmijcie się nimi - prosili ludzie. W powietrzu rozchodził
się smród świeżego mięsa - taki smród pojawia się tylko przy rozlaniu całych
litrów krwi i wylewających się wnętrznościach. Lekarz nakrzyczał na mnie, każąc
trzymać się blisko siebie. Okazało się, że poszłam za Obroną Cywilną -
oddziałami pierwszego reagowania, sprawdzających bezpieczeństwo budynków i
gaszących w razie potrzeby ogień, zamiast zostać przy zespole.
Atramentowa czerń nocy niemal uniemożliwia zobaczenie czegokolwiek - migające
czerwone światła ambulansu to rozświetlały, to kładły głębokie cienie na
twarzach ludzi wokół, którzy w pospiechu wskazywali nam kolejnych rannych. -
Zbierajmy się stąd, jedźmy - mówią, i my też odchodzimy z pustymi rękami,
wytężając wzrok w ciemnościach. Nagle tuż przed nami uderza w ziemię rakieta, w
górę wypryskuje fontanna metalowych części - być może gwoździ. Rozsypują się
wokół niczym tysiąc wściekłych świerszczy. Nakrywamy głowy i biegniemy z
powrotem do karetki. Czekający w środku wolontariusz Mohammad jest w szoku -
Widzieliście to? Jak blisko to było?.
O czwartej nad ranem znów byliśmy w drodze - w reakcji na atak F16 na dom
Abdullaha Sayeeda Mrada w bloku drugim Obozu Dżabalija w Północnej Gazie.
O Mradzie lokalne źródła mówią, że jest wysokim urzędnikiem Hamasu. Atak
wywrócił dom do góry nogami. Każde uderzenie w budynek mieszkalny zostawia po
sobie coś w rodzaju dymiącego grobu, w którym połamane dziecięce ciała znajdują
się pod wieloma warstwami białego gruzu i zgliszczy po szrapnelach.
Zabraliśmy do Al Awda trzyletniego Adama Mamouna Al Kurdi. Zmarł wskutek
rozlicznych ran czaszki i ud od odłamków.
Pięć minut później pędziliśmy tam z powrotem po następne ofiary - cztery zespoły
Czerwonego Półksiężyca. Na szczęście żadnych więcej nie było.
Czekając w karetce, usłyszeliśmy nagle ogłuszający wybuch i zobaczyliśmy
pomarańczową błyskawicę. Zaraz potem na karetkę spadł deszcz odłamków, szkła i
cegieł. Celem ataku okazał się inny dom należący do Sayeeda Mrada. Według
medyków rakieta została wystrzelona z F16. Głębokość leja po wybuchu zgadzała
się z siłą rażenia bomb na wyposażeniu takich samolotów.
Obrócony w perzynę dom stał zaledwie dwa metry od naszego ambulansu. Kierowca
karetki, Majdi Shehadda (48 l.), miał głębokie skaleczenia na twarzy i prawym
uchu; w szoku dotarł do ambulansu, gdzie podano mu tlen. Czworo pracowników
ratunkowych zostało lekko poranionych, trzeba było również podjąć terapię ze
względu na zatrucie dymem i pyłem. Jeden z nich, Saaber Mhammad Awad (34 l.),
przygotowywał się właśnie, by wysiąść z karetki - Drzwi wygięły się w moją
stronę, a szyby prysły pod ciśnieniem. Przygotowany byłem na śmierć. Gdybyśmy
wyszli na zewnątrz sekundę później, byłoby po nas. Karetka ocaliła nam życie.
Cztery karetki, jedna z wybitymi wszystkimi oknami i zniszczonym sprzętem
medycznym, pozostałe z popękanymi szybami, utknęły zablokowane gruzami.
Musieliśmy w kompletnej ciemności przenieść Majdiego na noszach ponad
rumowiskiem ze zbombardowanego domu w hałasie izraelskich samolotów zwiadowczych
nad naszymi głowami. Zahaczyłam w pewnym momencie o stalowe druty uzbrojenia
domu i upuściłam butlę tlenową i pompę nad gruzami. W ciągu piętnastu minut
udało nam się ewakuować razem z objuczoną materacami i dobytkiem rodziną.
Istniało ryzyko, że zaraz zbombardowany zostanie kolejny budynek należący do
Sayeeda Mrada w tej okolicy.
Karetki najprawdopodobniej były całkowicie widoczne dla izraelskiego zwiadu i
sił specjalnych - miały światła, specjalne oznakowanie na dachu i jako jedyne
przemieszczały się po wyludnionych ulicach Dżabaliji.
Godzina nalotowa
Wszyscy tutaj są przerażeni bombardowaniami z samolotów rozpoznawczych. Nazywają
je "Zenane" ze względu na wydawany przez nie dźwięk "zzzzzz". Wystrzeliwały
rakiety w ludzi - idących, jadących samochodami, siedzących w progach domów,
stojących na dachach, modlących się w grupach, zebranych w domu przed
telewizorem.
W Bejt Hanun na ulicy Naim o 21.30 w niedzielę Samieh Kaferma (40 l.) został
uderzony odłamkiem w głowę. Sąsiedzi zaprosili go do siebie. W obawie, że jego
dom mógłby zostać zbombardowany, razem z grupą krewnych tułał się dla
bezpieczeństwa od jednego domu do drugiego.
Druga rakieta uderzyła prosto w nich. Kiedy przybyliśmy, jeden z mężczyzn z
oczami jak spodki został wywleczony na chodnik z owiniętą dolną połową ciała i
wypływającymi wnętrznościami. Ciągle żył. Jego krewni krzyczeli. Udało nam się
zabrać czworo rannych, sześciu innych - poparzonych i ciężko rannych -
zabraliśmy na pace samochodu do przewozu bydła. Szpital w Bejt Hanun ogarnął
chaos. Krewni lamentowali, czuć było swąd spalonych ciał. W wyniku ataku zmarły
trzy osoby, dziesięć zostało rannych - w tym sześć z jednej i tej samej rodziny
Abu Harbid. Trzem osobom amputowano nogi - w tym jednej obie.
Palący odłamek trafiający w oko to dość powszechna rana - odłamki głęboko
rozcinają wszystkie miękkie partie ciała. Z Bejt Hanun przewieźliśmy chłopca z
obandażowaną głową do szpitala Al Nasser, dysponującego specjalnym oddziałem
okulistycznym i kliniką zdrowia psychicznego. Kiedy się tam dostaliśmy, okazało
się, że panują tam kompletne ciemności, lekarze siedzą przy świecach, a szpital
jest lodowaty. Kontrolowane przez Izrael przerwy w dostawie prądu oślepiły tak
lekarzy, jak i ich ewentualnych pacjentów. Przerwy te dopełniają atmosfery
niepewności, lęku i psychicznej rozpaczy, która otacza ludzi w obszarze
dotkniętym wojną.
Rozpalone odłamki w oczach - coś takiego przydarzyło się trzyletniej Shedar
Athman Khader Abid z Bejt Hanun. Jej karta medyczna stwierdza: "rany lewego oka
z udziałem materiałów wybuchowych, zniszczenie rogówki na całej głębokości,
rozerwanie tęczówki i utratę ciała szklistego". Ojciec dziewczynki podszedł
cicho do mojego przyjaciela, prosząc, bym - jeśli to możliwe - pomogła jej,
zabrała ją gdzieś, gdzie zrobią jej operację. - Była jak księżyc "haram" ma trzy
lata, a jej piękność została jej wydarta - powiedział.
Rozgrzane do białości odłamki trafiają w klatki piersiowe, nogi, twarze, ręce,
brzuchy i czaszki. Nauczyłam się, że nie należy się koncentrować przy takich
ranach na tamowaniu krwawienia - krwi jest niedużo, odłamek pali ciało od
środka. Wiele przywiezionych przez nas ofiar wydawało się "powierzchownie" w
porządku, ale umierało kilka dni później. Ludzie mówią o truciźnie niesionej na
rakietach; zdarzały się też przypadki użycia fosforu białego.
Zabici za kupowanie chleba
Ubiegłej nocy czterech członków rodziny wracało z piekarni w Beit Lahiya.
Upchnięci w białej skodzie, z torbą jeszcze ciepłego chleba, o 6 wieczorem
zostali trafieni rakietą wystrzeloną z samolotu rozpoznawczego. Khaled Ismaeel
Kahlood (44 l.) wraz ze swoimi trzema synami, Mohammadem (15 l.), Habibem (12
l.) i Towfiqiem (10 l.) zostali rozerwani na strzępy w wyniku ataku, który
rozsadził ich samochód na dwie części. Śmierć poniósł także kierowca taksówki,
Hassan Khalil (20 l.). Ciała przywiezione do szpitala Kamal Odwan były prawie
nie do rozpoznania.
W wyniku ostrzelania karetki służb ratunkowych UPMRC w niedzielę około 8:30
rano, zabity został sanitariusz, ojciec pięciorga dzieci, Arafa El Deyem (35
l.). Wraz z innym ratownikiem ewakuowali przypadkowych cywilów, którzy dostali
się pod ostrzał izraelskich czołgów na wschód od Dżabaliji w północnej części
Strefy Gazy. Świadkowie relacjonują, że w czasie zamykania drzwi ambulansu,
wystrzelony z czołgu pocisk trafił El Deyema. El Deyem zmarł z powodu znacznej
utraty krwi będącej wynikiem odniesienia poważnych obrażeń klatki piersiowej.
Sanitariusze, z którymi jeżdżę, czczą jego pamięć nosząc jego zdjęcie w swoich
telefonach komórkowych.
Następnego dnia, w rodzinnym namiocie żałobnym, pięciu krewnych El Deyema
poniosło śmierć, kiedy rakieta uderzyła w ustawiony w obszarze Bejt Hanun
namiot. Arafat Mohammed Abdel Dein (10 l.), Mohammad Jamal Abdel Dein (25 l.),
Maher Younis Abdel Dein (30 l.), oraz Said Jamal Said (27 l.), zginęli na skutek
obrażeń głowy i ciała, jakich doznali w następstwie eksplozji. Świadkowie
twierdzą, że rakieta została wystrzelona przez izraelski zdalnie sterowany
samolot rozpoznawczy.
Ministerstwo Zdrowia potwierdziło, że doktor Anis Naeem, bratanek ministra
zdrowia w rządzie Hamasu, Bassema Naeema, i jego współpracownik zostali zabici w
obszarze Zeitoun w niedzielę popołudniu, gdy rakieta wystrzelona przez izraelski
samolot rozpoznawczy trafiła w dom, do którego wkroczyli by ratować ofiary.
Ratownicy Ihab el-Madhoun (35 l.) i Mohammad Abu Hasira (24 l.) zostali trafieni
przez izraelskie pociski, gdy w ubiegły wtorek próbowali ratować cywilów w
obszarze Dżabal Al Rais w Dżabaliji. Świadkowie mówili, że Ihab poszedł pomóc
koledze po jednym z ataków, którego celem byli pracownicy służb ratowniczych.
Wtedy trafili i jego.
Abu Hasira został przewieziony do rządowego szpitala Kamal Ahdwan w Dżabaliji;
wedle ewidencji szpitalnej zmarł o 7:30 rano. Przyczyną śmierci były liczne
obrażenia ciała. Pomimo operacji klatki piersiowej i jamy brzusznej, pięć godzin
później także Ihab zmarł na skutek odniesionych rozległych obrażeń wewnętrznych.
Khalil Abu Shammalah, dyrektor organizacji Al Dhumeer zlokalizowanej w mieście
Gaza powiedział - Celowanie w medyczne służby ratownicze w warunkach wojny i
okupacji narusza czwartą Konwencję Genewską. Także ofiary na polu bitwy są pod
ochroną Konwencji Genewskich, stąd ci, którzy zostali już trafieni, nie mogą
stawać się celami kolejnych ataków. Izrael narusza prawo międzynarodowe.
Izraelska agencja informacyjna Y-Net doniosła ostatnio, że Yuval Duskin,
dyrektor izraelskiej agencji wywiadowczej Szin Bet, oznajmił rządowi
izraelskiemu, iż wielu agentów Hamasu ukrywa się w szpitalach przebierając się
za pracowników medycznych. Administracja palestyńskich szpitali odrzuciła te
stwierdzenia jako "nonsensowne". Sami ratownicy są zaś przerażeni na myśl o tym,
że szpitale dołączą do długiej listy dotychczasowych celów cywilnych izraelskiej
ofensywy, która obejmuje już prywatne domostwa, szkoły, uniwersytety, meczety i
sklepy.
Zmiecione domostwa
Izraelskie czołgi, samoloty F16 i buldożery obracają w pył domostwa wraz z ich
mieszkańcami. Pojechałam do strefy buforowej utworzonej w obszarze ulicy Sikka,
blisko punktu kontrolnego w Erezie, by zobaczyć skalę zniszczeń. 27 domów
zostało zmiecionych z powierzchni ziemi przez buldożery lub ostrzał czołgowy,
jeden zniszczyła bomba zrzucona przez F16. 10 studni oraz 200 dunumów gajów
pomarańczowych i pól truskawek zrównały z powierzchnią ziemi buldożery, zaś
około 250 osób zostało pozbawionych dachu nad głową.
Sześciu członków rodziny Kiferna zostało zmiażdżonych na śmierć, gdy w niedzielę
w nocy ich dom znalazł się pod ostrzałem czołgowym.
Ludzie po raz pierwszy powracali do swych domów. Ustawione w rzędzie trzy domy
będące własnością rodziny Hamdan zostały zniszczone. Zapytałam jedną z kobiet
siedzącą pośród ruin swego domu, gdzie teraz pójdzie. Odpowiedziała - Szkoła
UNRWA w Bejt Hanun. - A myślisz, że tam będzie bezpiecznie? - zapytałam. - Nie,
ale nie mam gdzie indziej iść - odpowiedziała.
Meczet Al Naim także został całkowicie zniszczony, święte księgi wciąż tlą się
jeszcze po atakach. Około jeden na dziesięć spośród stu meczetów w obszarze
Dżabaliji został zniszczony w wyniku izraelskiej napaści. - Traktujemy je jako
nasze osobiste miejsca, nie są własnością Hamasu, płacimy za nie z własnych
pieniędzy, one należą do nas i do nikogo innego - wyjaśniał jeden imam z
Dżabaliji.
Zniszczenie meczetów prowadzi do tego, że wielu ludzi modli się na ulicach, w
szpitalu Kamal Odwan ludzie modlą się w ogrodach położonych naprzeciwko, zaś
podczas pogrzebu 42 osób, głównie dzieci, zmasakrowanych w szkole w Fakhurze,
setki modliły się na tej ziemi, która została obrócona w cmentarz nieletnich.
Wywleczeni
W niedzielę w nocy, wszyscy zamieszkujący przy ulicy Sikka dostali pięć minut na
opuszczenie swoich domostw, wezwani na zewnątrz przez megafony, nie mogli zabrać
ze sobą żadnego dobytku, otoczeni przez izraelskie siły okupacyjne zostali
zabrani do meczetu Al Naim. Kobiety, dzieci i starsi mężczyźni zostali
wepchnięci do środka, podczas gdy mężczyźni w wieku 16-40 pozostali na mrozie na
zewnątrz, gdzie zostali przesłuchani. Sześciu zabrano do Erezu, trzej zostali
zwolnieni dzień później, przy czym wedle relacji świadka, żołnierze powiedzieli
im, że bezpiecznie wrócić do domu mogą idąc wzdłuż ulicy Saladyna. To ponoć
właśnie tam siły specjalne strzeliły Shaadiemu Hissamowi Yousefie Hamadowi (33
l.) w głowę.
Podarte podręczniki leżą wśród gruzów, a Iman Mayer Hammad zbiera okruchy
swojego życia, hidżab, buty, zdjęcia, krzyczy - Wszystko przepadło, wszystko,
zabrali wszystko, moje dzieci nie zdadzą egzaminów, jak mają zdać egzaminy?
Setki dzieci nie będzie zdawać swoich egzaminów w Gazie, bo są martwe.
Niezależnie od tego, czy ludzie zostaną w swych domach, czy je opuszczą, zostaną
one zbombardowane. Majid Hamdan Wadeeya (40 l.) został trafiony przez szrapnel w
nogę i kręgosłup, gdy wraz ze swoją rodziną przygotowywał się do opuszczenia
swojego domu przy ulicy Jaffa w Dżabaliji. Przybyliśmy tam we wtorek popołudniu
zastając rozpadający się, ale wciąż jeszcze na chodzie, należący do rodziny
czerwony samochód oraz obładowany materacami, ręcznikami, kocami i wszelkim
dobytkiem, zdemolowany rodzinny miniwan. Zostali trafieni przez pocisk
wystrzelony albo z zdalnego samolotu rozpoznawczego albo z apacha. - Uciekaliśmy
przed bombardowaniem, przed bombardowaniem - wołały jego przerażone dzieci.
Udało nam się zabrać połowę rodziny, reszta wsiadła do swojego czerwonego auta i
podążyła za nami.
Przeprowadzaliśmy wywiady z mieszkańcami szkoły podstawowej UNRWA w Dżabaliji,
blisko szkoły w Fakhurze, właśnie wtedy kiedy tam doszło do masakry. Rodzina
Sahaar, która pierwszego dnia inwazji przyszła tu ze swojego domu przy ulicy
Salahdeen, by w szkole szukać schronienia, pytała nas - Ale czy myślicie, że
jesteśmy tutaj bezpieczni? Czujemy, że w każdej chwili może się na nas zwalić
jakaś rakieta. Czy jesteśmy tutaj bezpieczni?
Tych 500 ludzi, jakieś 50 rodzin żyjących w szkolnych klasach, dzieli między
sobą 14 toalet i utrzymuje się z racji żywnościowych by przetrwać. W nocy jest
zimno, bo izraelskie bomby roztrzaskały okna. Nikt w nocy nie śpi, bowiem z
zewnątrz bezustannie dochodzą odgłosy spadających bomb, które zrównują z
powierzchnią ziemi domy, meczety i ludzi.
Forma życia
Każdy zna tutaj kogoś, kto został zabity w izraelskich masakrach. Nie mogę
nadążyć za opowiadaniami o pociskach dosięgających kuzynów, siostrzeńców, braci,
o uwięzionych, poniżanych, zastrzelonych, odciętych od świata, bezdomnych, tych
bardziej bezbronnych niż nigdy dotąd ludziach. Ludziach, a nie piętrzących się w
kostnicach w całej Gazie kawałkach. Każdego dnia ludzie ci walczą by żyć i
oddychać, walczą by uniknąć śmiercionośnych F16, F15, helikopterów Apache,
samolotów Cobra, izraelskich okrętów wojennych, które biorą ich na cel.
Łączące ich związki i aspiracje utrzymywały się przez 60 lat, dziś jednak Izrael
chce narzucić im inne ramy życia. Podczas gdy ludzie mówią, że właśnie stawiają
czoła najgorszemu atakowi od czasu Nakby, Izrael kontynuuje dzielenie i
zagospodarowywanie Zachodniego Brzegu, poprzez projekt dróg i tuneli "dla
Palestyńczyków", które umacniają istniejący już nielegalny system osadnictwa,
mur apartheidu, kradzież lądu i wody, a wreszcie bantustanizację Palestyny. Pod
szyldem "rozwoju", owa strukturyzacja ziemi przeprowadzana "dla Palestyńczyków"
nazywana jest "Formą Życia". Posuwając się do skrajnej przemocy Izrael wysadza
dziury w jednym zakątku palestyńskiej formy życia, jednocześnie rwie w strzępy
inną, wszystko to przy udziale międzynarodowych koncernów i rządów.
Jestem z powrotem w szpitalu Kamall Odwan, dr Moayan wyjaśnia - Tu już nie
chodzi tylko o oczyszczenie ulic z cywilów, ponieważ oni bombardują nas nawet
wtedy gdy już je opuścimy, gdy jesteśmy wewnątrz, w rzekomo bezpiecznych
miejscach. Opuściłem swój dom i teraz nie mam gdzie pójść, nie mam gdzie pójść.
Następnie mówi to, co mówią setki innych ludzi - To jest najgorsza rzecz, jaką
widziałem, nigdy nie doświadczyliśmy takiego poziomu przemocy. To zszokowało
nawet nas. W Libanie zabili ponad 1700 osób, czy tu też do tego dojdzie.
Globalna intifada
To mordowanie trwa, dzień i noc, i to już nie tylko ludzie zostają fizycznie
rozczłonkowani, rozczłonkowane zostają ich rodziny, rozczłonkowane zostają ich
całe społeczności, krajobraz Gazy pełen jest dziur. Struktura tych społeczności,
ci sąsiedzi, którzy już nigdy nie będą sąsiadami, te rodziny, które bądź już są
całe martwe, bądź nigdy nie dane im będzie żyć razem, wszystko zostało
rozciągnięte do granic możliwości. Ludzie stali się znów uchodźcami, znów
czekają na nich namioty zamiast domów, nie ma już bowiem nawet dostępnych
budynków, czy materiałów budowlanych, by mogli odbudować swoje zrujnowane życia,
swoje zmiecione domy, sklepy, meczety, budynki rządowe, centra kulturalne, domy
pomocy społecznej, biura, kliniki, domy młodzieży.
Jak złamać ludzi, którzy nie dadzą się złamać? - Będą musieli wybić nas co do
jednego - mówią mi ludzie. Od pierwszego dnia ludzie oczekiwali tu "szoah",
którym w lutym zagroził im Matan Villai, izraelski wiceminister obrony. To się
dzieje. To co się teraz dzieje stanowi właśnie spełnienie ówczesnych pogróżek.
Trzecia Intifada, która właśnie się wzmaga, musi być też naszą intifadą.
Ponieważ Izrael nasila politykę niszczenia narodu palestyńskiego, my musimy
nasilić tempo rekonstrukcji naszego oporu, naszych ruchów, ruchów naszych
społeczności gdziekolwiek one są, w których tak wielu z nas żyje w wyobcowaniu i
izolacji. My musimy być trzecią intifadą - ci ludzie tutaj potrzebują więcej, i
wciąż powtarzają że potrzebują więcej, niż tylko demonstracji, ponieważ tamci
nie przestają tu zabijać. Same demonstracje nie powstrzymują tego zabijania.
Koncerny zbrojeniowe produkujące broń, którą zabija się tu ludzi, koncerny
sprzedające skradzione dobra, z których ograbiono okupowane terytoria plądrując
osiedla, koncerny wznoszące mur apartheidu, więzienia, czy sieć szybkiego
tramwaju we wschodniej części Jerozolimy . Te kompanie - Carmel Agrexco,
Caterpillar, Veolia, Raytheon, EDO, BAE Systems, zmówiły się w zbrodni przeciwko
ludzkości, w zbrodni która się tu właśnie dokonuje. Jeśli wspólnota
międzynarodowa nie zadba o respektowanie prawa międzynarodowego, to zadbać o to
powinna powszechna mobilizacja społeczna - możemy użyć międzynarodowego systemu
prawnego jako jednego z wielu środków, by wytrwać w naszym wspólnym
człowieczeństwie.
Podjęta przez Radę Ministrów UE w grudniu ubiegłego roku decyzja, aby rozszerzyć
współpracę z Izraelem z poziomu więzi ekonomicznych na poziom więzi
kulturalnych, bezpieczeństwa oraz politycznych, musi zostać cofnięta. UE
reprezentuje strategiczny rdzeń rynku, który nadaje Izraelowi uprawomocnienie i
polityczne wsparcie ekonomiczne, a tym samym przyzwolenie na bezkarne
popełnianie zbrodni przeciwko ludzkości.
Możemy przeciąć tę więź, możemy wstrzymać tę decyzję, która w wypadku
zatwierdzenia w kwietniu, jeszcze bardziej wzmocni Izrael, zbliży go do
"wspólnoty narodów" Unii Europejskiej, a tym samym da zielone światło dla
dalszego terroru i zbrodni wymierzonych w naród palestyński. To jest decyzja,
która nie została jeszcze ratyfikowana. Możemy wpłynąć na to, co jeszcze się nie
zdarzyło.
Istnieją konkretne kroki, które ludzie mogą podjąć, biorąc lekcję z Pierwszej
Intifady i kampanii Sankcji i Bojkotu , która przyczyniła się do rozmontowania
południowoafrykańskiego reżimu Apartheidu. Strategie powszechnego oporu,
uderzeń, okupacji, bezpośrednich działań. Z ulic do biur, fabryk i kwater
głównych - to droga, na której powinniśmy podjąć tę walkę, dotrzeć do samego
serca tych, którzy prawdopodobnie podejmują w naszym imieniu decyzje i kompanii,
których działania prowadzą do przekształcenia okupacji w ludobójstwo. Trzecia
intifada musi być intifadą globalną.
tłum. Agata Czarnacka i Roland Zarzycki
Ewa Jasiewicz jest doświadczoną dziennikarką, organizatorką społeczności i
związków zawodowych oraz pracowniczką organizacji solidarnościowych. W latach
2002-2004 pracowała na Zachodnim Brzegu Jordanu i w okupowanym Iraku. Obecnie
jest koordynatorką Projektu Gaza z ramienia Ruchu Wolna Gaza -
http://www.FreeGaza.org
Wydanie internetowe: Le Monde Diplomatique