Wislawa Szymborska

Wiersze

Wislawa_Szymborska_Cracow_Poland_October23_2009 Fot_MariuszKubik

بعض من قصائد الشاعرة البولندية فيسوافا شيمبورسكا مترجمة للغة العربية

Gaweda o milosci ziemi ojczystej

Bez tej milosci mozna zyc,

miec serce suche jak orzeszek,

malutki los naparstkiem pic

z dala od zgryzot i pocieszen,

na wlasna miare znac nadzieje,

w mroku kryjowke sobie uwic,

o blasku prochna mowic ,,dnieje'',

o blasku slonca nic nie mowic.

Jakiej milosci braklo im,

ze sa jak okno wypalone,

rozbite szklo, rozwiany dym,

jak drzewo z nagla powalone,

ktore na plytko wroslo w ziemie,

ktoremu wyrwal wiatr korzenie

i jeszcze zyje czastke czasu,

ale juz traci swe zielenie

i juz nie szumi w chorze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,

nie bede powalonym drzewem.

Codziennie mocniej w ciebie wrastam

radoscia, smutkiem, duma, gniewem.

Nie bede jak zerwana nic,

Odrzucam pusto brzmiace slowa.

Mozna nie kochac cie - i zyc,

ale nie mozna owocowac.

Ta dawnosc jej w glebokich warstwach... Czasem posrodku drogi stane:

moze nieznanych piesni garstka

w skrzyni zelazem nabijanej,

a moze dzban, a moze luk

jeszcze sie w lonie ziemi grzeje,

moze pradawny domu prog

ten, ktorym wkroczylismy w dzieje?

Stad ide mysla w przyszle wieki, wyobrazenia nowe skladam.

Kamien lezacy na dnie rzeki

ogladam i ksztalt jego badam.

Z kamienia tego rzezbiarz przyszly wyrzezbi glowe rowiesnika.

Ten kamien lezy w nurcie Wisly,

a w nim potomna twarz ukryta.

By na tej twarzy spokoj byl

i dobroc, i rozumny usmiech,

narod moj nie zaluje sil,

walczy i tworzy, i nie usnie. Pierscienie swietlnych lat nad nami, ziemia ojczysta pod stopami.

Nie bede ptakiem wyploszonym

ani jak puste gniezdo po nim.

Pytania zadawane sobie 1954

Niektorzy lubia poezje

Niektorzy -

czyli nie wszyscy.

Nawet nie wiekszosc wszystkich ale mniejszosc. Nie liczac szkol, gdzie sie musi,

i samych poetow,

bedzie tych osob chyba dwie na tysiac.

Lubia -

ale lubi sie takze rosol z makaronem,

lubi sie komplementy i kolor niebieski,

lubi sie stary szalik,

lubi sie stawiac na swoim,

lubi sie glaskach psa.

Poezje -

tylko co to takiego poezja.

Niejedna chwiejna odpowiedz

na to pytanie juz padla.

A ja nie wiem i nie wiem i trzymam sie tego jak zbawiennej poreczy.

Minuta ciszy po Ludwice Wawrzynskiej

A ty dokad,

tam juz tylko dym i plomien!

- Tam jest czworo cudzych dzieci,

ide po nie!

Wiec, jak to,

tak odwyknac nagle

od siebie?

od porzadku dnia i nocy?

od przyszlorocznych sniegow?

od rumienca jablek?

od zalu za miloscia,

ktorej nigdy dosyc?

Nie zegnajaca, nie zegnana

na pomoc dzieciom biegnie sama, patrzcie, wynosi je w ramionach,

zapada w ogien po kolana,

lune w szalonych wlosach ma.

A chciala kupic bilet, wyjechac na krotko,

napisac list,

okno otworzyc po burzy, wydeptac sciezke w lesie, nadziwic sie mrowkom, zobaczyc jak od wiatru jezioro sie mruzy.

Minuta ciszy po umarlych czasem do poznej nocy trwa.

Jestem naocznym swiadkiem lotu chmur i ptakow, slysze, jak trawa rosnie

i umiem ja nazwac, odczytalam miliony drukowancyh znakow, wodzilam teleskopem

po dziwacznych gwiazdach,

tylko nikt mnie dotychczas nie wzywal na pomoc

i jesli pozaluje

liscia, sukni, wiersza -

Tyle wiemy o sobie,

ile nas sprawdzono.

Mowie to wam

ze swego nieznanego serca.

Wolanie do Yeti 1957

Z nieodbytej wyprawy w Himalaje

Aha, wiec to sa Himalaje.

Gory w biegu na Ksiezyc.

Chwila startu utrwalona

na rozprutym nagle niebie. Pustynia chmur przebita. Uderzenie w nic.

Echo - biala niemowa.

Cisza.

Yeti, nizej jest sroda, abecadlo, chleb

i dwa a dwa to cztery,

i topnieje snieg.

Jast czerwone jabluszko przekrojone na krzyz.

Yeti, nie tylko zbrodnie

sa u nas mozliwe.

Yeti, nie wszystkie slowa skazuja na smierc.

Dziedziczymy nadzieje dar zapominania. Zobaczysz, jak rodzimy dzieci na ruinach.

Yeti, Szekspira mamy.

Yeti, na skrzypcach gramy. Yeti o zmroku

zapalamy swiatlo.

Tu - ni ksiezyc, ni ziemia

i lzy zamarzaja.

) Yeti Poltwardowski, zastanow sie, wroc!

Tak w czterech scianach lawin wolam do Yeti

przytupujac dla rozgrzewki

na sniegu

na wiecznym.

Wolanie do Yeti 1957

Przy winie

Spojrzal, dodal mi urody,

a ja wzielam ja jak swoja.

Szczesliwa, polknelam gwiazde.

Pozwolilam sie wymyslic

na podobienstwa odbicia

w jego oczach. Tancze, tancze

w zatrzesieniu naglych skrzydel.

Stol jest stolem, wino winem

w kieluszku, co jest kieliczkiem i stoi stojac na stole.

A ja jestem urojona,

urojona nie do wiary,

urojona az do krwi.

Mowie mu, co chce: o mrowkach umierajacych z milosci

pod gwiazdozbiorem dmuchawca. Przysiegam, ze biala roza, pokropiona winem, spiewa.

Smieje sie, przechylam glowe. ostroznie, jakbym sprawdzala wynalazek, Tancze, tancze

w zdumionej skorze, w objeciu, ktore mnie stwarza.

Ewa z zebra, Venus z piany, Minerwa z glowy Jowisza

byly bardziej rzeczywiste.

Kiedy on nie patrzy na mnie, szukam swojego odbicia

na scianie. I widze tylko gwozdz, z ktorego zdjeto obraz

Sol 1962

Koloratura

Stoi pod peruczka drzewa,

na wieczne rozsypanie spiewa

zgloski po wlosku, po srebrzystym

i ceinkim jek pajecza wydzielina.

Czlowieka przez wysokie C

kocha i zawsze kochac chce,

dla niego w gardle ma lusterka, trzykrotnie slowek cwiartki cwierka i drobiac grzanki do smietanki karmi baranki z filizanki

filutka z filigranu.

Ale czy dobrze slysz? Biada!

Czarny sie fagot do niej skrada. Ciezka muzyka na kruczych brwiach porywa, lamie ja wpol ach -

Basso Profondo, zmiluj sie,

doremi mane thekel fares!

Chcesz, zeby zmilkla? Uwiesc ja

w ziemne kulisy swiata? W kraine

chronicznej chrypki? W Tartar kataru? Gdzie wiekuiste pochrzakiwanie?

Gdzie poruszaja sie pyszczki rybie dusz nieszczesliwych? Tam?

O nie! O nie! W godzinie zlej

Nie trzeba spadac z miny swej!

Na wlosie przeslyszanym w glos

tylko sie chwilke chwieje los,

tyle, by mogla oddech wziac,

gdzie wraca w krysztal vox humana

i brzmi jak swiatlem zasial.

Sol 1962

Konkurs pieknosci meskiej

Od szczek do piety wszedl napiety. Oliwne na nim firmamenty.

Ten tylko moze byc wybrany,

kto jest jak strucla zasuplany.

Z niedzwiedziem bierze sie za bary groznym (chociaz go wcale nie ma). Trzy niewidzialne jaguary

padaja pod ciosami trzema.

Rozkroku mistrz i przykucania.

Brzuch ma w dwudziestu pieciu minach. Bija mu brawo, on sie klania

na odpowiednich witaminach.

Sol 1962

Oboz glodowy pod Jaslem

Napisz to. Napisz. Zwyklym atramentem na zwyklym papierze: nie dano im jesc, wszyscy pomarli z glodu. Wszyscy. Ilu? To duza laka. Ile trawy

przypadlo na jednego? Napisz: nie wiem. Historia zaokragla szkielety do zera. Tysiac i jeden to wciaz jeszcze tysiac. Ten jeden, jakby go wcale nie bylo: plod urojony, kolyska prozna, elementarz otwarty dla nikogo,

powietrze, ktore smieje sie, krzyczy i rosnie, schody dla pustki zbiegajacej do ogrodu, miejsce niczyje w szeregu.

Jedtesmy na tej lace, gdzie stalo sie cialem. A ona milczy jak kupiony swiadek.

W slonu. Zielona. Tam opodal las

do zucia drewna, do picia spod kory -

porcja widoku calodzienna,

poki sie nie oslepnie. W gorze ptak,

ktory po ustach przesuwal sie cieniem pozywnych skrzydel. Otwieraly sie szczeki, uderzal zab o zab.

Noca na niebie blyskal sierp

i zal na snione chleby.

Nadlatywaly rece z poczernialych ikon,

z pustymi kielichami w palcach.

Na roznie kolczastego drutu

chwial sie czlowiek.

Spiewano z ziemia w ustach. Sliczna piesn

o tym, ze wojna trafia prosto w serce.

Napisz, jaka tu cisza.

Tak.

Sol 1962

Sto pociech

Zachcialo mu sie szczescia, zachcialo mu sie prawdy, zachcialo mu sie wiecznosci, patrzcie go!

ledwie rozroznil sen od jawy,

ledwie domyslil sie, ze on to on, ledwie wystrugal reka z pletwy rodem krzesiwo i rakiete,

latwy do utopienia w lyzce oceanu,

za malo nawet smieszny, zeby pustke smieszyc, oczami tylko widzi,

uszami tylko slyszy,

rekordem jego mowy jest tryb warunkowy, rozumem gani rozum,

slowem: prawie nikt,

ale wolnosc mu w glowie, wszechwiedza i byt poza niemadrym miesem,

patrzcie go!

Bo przeciez chyba jest,

naprawde sie wydarzyl

pod jedna z gwiazd prowincjonalnych.

Na swoj sposob zywotny i wcale ruchliwy.

Jak na marnego wyrodka kryszalu -

sosc powaznie zdziwiony.

Jak na trudne dziecinstwo w koniecznosciach stada niezle juz poszczegolny.

Patrzcie go!

Tylko tak dalej, dalej choc przez chwile, bodaj przez mgnienie galaktyki malej! Niechby sie wreszcie z grubsza okazalo, czym bedzie, skoro jest.

A jest - zawziety.

Zawziety, trzeba przyznac, bardzo.

Z tym kolkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze. Sto pociech, badz co badz.

Nieboze.

Istny czlowiek.

Sto pociech 1967

Wszelki wypadek

Zdarzyc sie moglo.

Zdarzyc sie musialo.

Zdarzylo sie wczesniej. Pozniej. Blizej. Dalej. Zdarzylo sie nie tobie.

Ocalales, bo byles pierwszy.

Ocalales, bo byles ostatni.

Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.

Bo padal deszcz. Bo padal cien.

Bo panowala sloneczna pogoda.

Na szczescie tam byl las.

Na szczescie nie bylo drzew.

Na szczescie szyba, hak, belka, hamulec, framuga, zakret, milimetr, sekunda.

Na szczescie brzytwa plywala po wodzie.

Wskutek, poniewaz, a jednak, pomimo, co by to bylo, gdyby reka, noga,

o krok, o wlos

od zbiegu okolicznosci.

Wiec jestes? Prosto z uchylonej jeszcze chwili? Siec byla jednooka, a ty przez to oko?

Nie umiem sie nadziwic, namilczec sie temu. Posluchaj,

jak mi predko bije twoje serce

Wszelki wypadek 1972

Szkielet jaszczura

Kochani Bracia,

widzimy tutaj przyklad zlych proporcji:

oto skielet jaszczura pietrzy sie przed nami -

Drodzy Przyjaciele,

na lewo ogon w jedna nieskonczonosc,

na prawo szyja w druga -

Szanowni Towarzysze,

posrodku cztery lapy, co ugrzezly w mule

pod pagorem tulowia -

Laskawi Obywatele,

przyroda sie nie myli, ale lubi zarty:

prosze zwrocic uwage na te smieszna glowke -

Panie, Panowie,

taka glowka niczego nie mogla przewidziec

i dlatego jest glowka wymarlego gada -

Czcigodni Zgromadzeni,

za malo mozgu, za duzy apetyt,

wiecej glupiego snu niz madrej trwogi -

Dostojni Goscie,

pod tym wzgledem jestesmy w duzo lepszej formie, zycie jest piekne i ziemia jest nasza -

Wyborni Delegaci,

niebo gwiazdziste nad myslaca trzcina,

prawo moralne w niej -

Przeswietna Komisjo,

udalo sie raz

i moze tylko pod tym jednym sloncem -

Naczelna Rado,

jakie zreczne rece,

jakie wymowne usta,

ile glowy na karku -

Najwyzsza Instancjo,

coz za odpowiedzialnosc na miejsce ogona -

Wszelki wypadek 1972

W bialy dzien

Do pensjonatu w gorach jezdzilby,

na obiad do jadalni schodzilby,

na cztery swierki z galezi na galaz

nie otrzasajac z nich swiezego sniegu

zza stolika pod oknem patrzylby.

Z brodka przycieta w szpic,

lysawy, siwiejacy, w okularach,

o pogrubialych i znuzinych rysach twarzy,

z brodawka na policzku i faldzistym czolem, jakby anielski marmur oblepila ludzka glina -

a kiedy to sie stalo, sam nie wiedzialby,

bo przeciez nie gwaltownie, ale pomalutku zwyzkuje cena za to, ze sie nie umarlo wczesniej i rowniez on te cene placilby.

O chrzastce ucha ledwie drasnietej pociskiem

- gdy glowa uchylila sie w ostatniej chwili ,,cholerne mialem szczescie'' mawialby.

Czekajac az podadza rosol z makaronem dziennik z biezaca data czytalby, wielkie tytuly, ogloszenia drobne, albo bebnil palcami bo bialym obrusie, a mialby uzywane od dawna dlonie

o spierzchlej skorze i wypuklych zylach.

Czasami ktos od progu wolalby:

,,panie Baczynski, telefon do pana''

i nic dziwnego w tym nie byloby,

ze to on i ze wstaje obciagajac sweter

i bez pospiechu rusza w strone drzwi.

Rozmow na widok ten nie przerywanoby,

w pol gestu i w pol tchu nie zastyganoby, bo zwykle to zdarzenie, a szkoda, a szkoda, jako zwykle zdarzenie traktowanoby.

,,Polityka'' 5 IV 1980

Wieczor autorski

Muzo, nie byc bokserem to jest nie byc wcale. Ryczacej publicznosci poskapilas nam. Dwanascie osob jest na sali,

juz czas, zebysmy zaczynali.

Polowa pryszla, bo deszcz pada,

reszta to krewni. Muzo.

Kobiety rade zemdlec w ten jesienny wieczor, zrobia to, ale tylko na bokserskim meczu. Dantejskie sceny tylko tam.

I wniebobranie. Muzo.

Nie byc bokserem, byc poeta,

miec wyrok skazujace na ciezkie norwidy,

z braku muskulatury demonstrowac swiat

przyszla lekture szkolna - w najszczesliwszym razie o Muzo. O pegazie,

aniele konski.

W pierwszym rzadku staruszek slodko sobie sni, ze mu zona nieboszczka z grobu wstala i upiecze staruszkowi placek ze sliwkami.

Z ogniem, ale niewielkim, bo sie placek spali, zaczynamy czytanie. Muzo.

Sol 1962

Pochwala zlego o sobie mniemania

Myszolow nie ma sobie nic do zarzucenia. Skrupuly obce sa czarnej panterze.

Nie watpio o slusznosci czynow swych piranie. Grzechotnik aprobuje siebie bez zastrzezen.

Samokrytyczny szakal nie istnieje. Szarancza, aligator, trychina i giez zyja jak zyja i rade sa z tego.

Sto kilogramow wazy serce orki,

ale pod innym wzgledem lekkie jest.

Nic bardziej zwierzecego

niz czyste sumienie

na trzeciej planecie Slonca.

Buffo

Najpierw minie nasza milosc,

poterm sto i dwiescie lat,

potem znow bedziemy razem:

komediantka i komediant, ulubiency publicznosci, odegraja nas w teatrze.

Mala farsa z kupletami,

troche tanca, duzo smiechu, trafny rys obyczajowy

i oklaski.

Bedziesz smieszny nieodparcie na tej scenie, z ta zazdroscia, w tym krawacie.

Moja glowa zawrocona, moje serce i korona, glupie serce pekajace i korona spadajaca.

Bedziemy sie spotykali, rozstawali, smiech na sali, siedem rzek, siedem gor

miedzy soba obmyslali.

I jakby nam bylo malo rzeczywistych jlesk i cierpien - dobijemy sie slowami.

A potem sie poklonimy

i to bedzie farsy kres. Spektatorzy pojda spac ubawiwszy sie do lez.

Onie beda slicznie zyli,

oni milosc oblaskawia,

tygrys bedzie jadl z ich reki.

A my wiecznie jacys tacy,

a my w czapkach z dzwoneczkami, w ich dzwonienie barbarzynsko zasluchani.

Nic dwa razy

Nic dwa razy sie nie zdarza

i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodzilismy sie bez wprawy

i pomrzemy bez rutyny.

Chocbysmy uczniami byli najtepszymi w szkole swiata

nie bedziemy repetowac

zadnej zimy ani lata.

Zaden dzien sie nie powtorzy, nie ma dwoch podobnych nocy, dwoch tych samych pocalunkow,

dwoch jednakich spojrzen w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imie

ktos wymowil przy mnie glosno, tak mi bylo, jakby roza

przez otwarte wpadla okno.

Dzis, kiedy jestesmy razem, odwrocilam twarz ku scianie. Roza? Jak wyglada roza?

Czy to kwiat? A moze kamien?

Czemu ty sie, zla godzino,

z niepotrzebnym mieszasz lekiem? Jestes - a wiec musisz minac. Miniesz - a wiec to jest piekne.

Usmiechnieci, wpolobjeci sprobujemy szukac zgody,

choc roznimy sie od siebie

jak dwie krople czystej wody.

Milosc od pierwszego wejrzenia

Oboje sa przekonani,

ze polaczylo ich uczucie nagle. Piekna jest taka pewnosc,

ale niepewnosc jest piekniejsza.

Sadza, ze skoro nie znali sie wczesniej, nic miedy nimi nigdy sie nie dzialo.

A co na to ulice, schody, korytarze,

na ktorych mofli sie od dawn mijac?

Chcialabym ich zapytac, czy nie pamietaja -

moze w drzwiach obrotowych kiedys twarza w twarz?

jakies ,,przepraszam'' w scisku? glos ,,pomylka'' w sluchawce?

- ale znam ich odpowiedz.

Nie, nie pamietaja.

Bardzo by ich zdziwilo,

ze od dluzszego juz czasu

bawil sie nimi przypadek.

Jeszcze nie calkiem gotow zamienic sie dla nich w los, zblizal ich i oddalal,

zabiegal im droge

i tlumiac chichot

odskakiwal w bok.

Byly znaki, sygnaly,

coz z tego, ze nieczytelne.

Moze trzy lata temu

albo w zeszly wtorek

pewien listek przefrunal

z ramienia na ramie?

Bylo cos zgubionego i podniesionego. Kto wie, czy juz nie pilka

w zaroslach dziecinstwa?

Byly klamki i dzwonki,

na ktorych zawczasu

dotyk kladl sie na dotyk.

Walizki obok siebie w przechowalni. Byl moze pewnej nocy jednakowy sen, natyczmiast po zbudzeniu zamazany.

Kazdy przeciez poczatek to tylko ciag dalszy,

a ksiega zdarzen

zawsze otwarta w polowie.

Prospekt

Jestem pastalka na uspokojeni. Dzialam w mieszkaniu,

skutkuje w urzedzie,

siadam do egzaminow,

staje na rozprawie,

starannie sklejam rozbite garnuszki tylko mnie zazyj,

rozpusc pod jezykiem,

tylko mnie polknij,

tylko popij woda.

Wiem, co robic z nieszczesciem, jak zniesc zla nowine, zmniejszyc niesprawiedliwosc, rozjasnic brak Boga,

dobrac do twarzy kapelusz zalobny. Na co czekasz -

zaufaj chemicznej litosci.

Jestes jeszcze mlody (mloda),

powinienes (powinnas) urzadzic sie jakos. Kto powiedzial,

ze zycie ma byc odwaznie przezyte?

Oddaj mi swoja przepasc wymoszcze ja snem,

bedziesz mi wdzieczny (wdzieczna) za cztery lapy do spadania.

Sprzedaj mi swoja dusze. Inny kupiec sie nie trafi.

Innego diabla juz nie ma.

Nienawisc

Spojrzcie, jaka wciaz sprawna,

jak dobrze sie trzyma

w naszym stuleciu nienawisc.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to latwe dla niej - skoczyc, dopasc.

Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i mlodsza od nich rownoczesnie. Sama rodzi przyczyny,

ktore ja budza do zycia.

Jesli zasypia, to nigdy snem wiecznym. Bezsennosc nie odbiera jej sil, ale dodaje.

Religia nie religia -

byle przykleknac na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna -

byle sie zerwac do biegu.

Niezla i sprawiedliwosc na poczatek.

Potem juz pedzi sama.

Nienawisc. Nienawisc.

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy milosnej.

Ach, te inne uczucia cherlawe i slamazarne. Od kiedy to braterstwo moze liczyc na tlumy?

Wspolczucie czy kiedykolwiek

pierwsze dobilo do mety?

Zwatpienie ilu chetnych porywa za soba? Prtywa tylko ona, ktora swoje wie,

Zfolna, pojetna, bardzo pracowita.

Czy trzeba mowic ile ulozyla piesni. Ile stronic historii ponumerowala.

Ile dywanow z ludzi porozposcierala

na ilu placach, stadionach.

Nie oklamujemy sie:

potrafi tworzyc piekno.

Wspaniale sa jej luny czarna noca. Swietne kleby wybuchow o roznym swicie. Trudno odmowic patosu ruinom

i rubasznego humoru

krzepko sterczacej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynia kontrastu

miedzy loskotem a cisza,

miedzy czerwona krwia a bialym sniegiem. A nade wszystko nigdy jej nie nudzi motyw schludnego oprawcy

nad splugawiona ofiara.

Do nowych zadan w kazdej chwili gotowa. Jezeli musi poczekac, poczeka.

Mowia, ze slepa. Slepa?

Ma bystre oczy snajpera

i smialo patrzy w przyszlosc

- ona jedna.

Tortury

Nic sie nie zmienilo.

Cialo jest bolesne,

jesc musi i oddychac powietrzem, i spac, ma cienka skure, a tuz pod nia krew,

ma spory zasob zebow i paznokci,

kosci jego lamliwe, stawy rozciaglliwe.

W torturach jest to wszystko brane pod uwage.

Nic sie nie zmienilo.

Cialo drzy, jak drzalo

przed zalozeniem Rzymu i po jego zalozeniu,

w dwudziestym wieku przed i po Chrystusie, tortury sa, jak byly, zmalala tylko ziemia

i cokolwiek sie dzieje, to tak jak za sciana.

Nic sie nie zmienilo.

Przybylo tylko ludzi,

obok starych przewinien zjawily sie nowe, rzeczywiste, wmowione, chwilowe i zadne,

ale krzyk, jakim cialo za nie odpowiada,

byl, jest i bedzie krzykiem niewinnosci, podlug odwiecznej skali i rejestru.

Nic sienie zmienilo.

Chyba tylko maniery, ceremonie, tance.

Ruch rak oslaniajacych glowe

pozostal jednak ten sam.

Cialo sie wije, szarpie i wyryka,

sciete z nog pada, podkurcza kolana,

sinieje, puchnie, slini sie i broczy.

Nic sie nie zmienilo.

Poza biegiem rzek,

linia lasow, wybrzezy, pustyn i lodowcow. Wsrod tych pejzazy duszyczka sie snuje, znika, powraca, zbliza sie, oddala,

sama dla siebie obca, nieuchwytna,

raz pewna, raz niepewna swojego istnienia, podczas gdy cialo jest i jest i jest

i nie ma sie gdzie podziac.

**********************************************************************

فيسوافا شيمبورسكا


فيسوافا شيمبورسكا هي شاعرة وباحثة ومترجمة بولندية ولدت في 2 يوليو 1923. تناولت أعمال شيمبورسكا موضوعين أساسيين هما الحرب والإرهاب ونافست مبيعات أعمالها في بولندا أهم الأدباء رغم أنها صرحت في قصيدة لها تدعي " شيء مثل الشعر" أن إثنين من كل ألف شخص يهتمان فعلياً بالفنون. حصلت شيمبورسكا علي جائزة نوبل في الآداب عام 1996 لأن أشعارها استطاعت بدقة متناهية أن تجسد الحقائق الذاتية والتاريخية في صورة تشرذمات بشرية.
توفيت الشاعرة شيمبورسكا يوم الأول من شباط - فبراير 2012 .

بعض من قصائد الشاعرة البولندية فيسوافا شيمبورسكا مترجمة للغة العربية

هذه القصائد ثلة من مختارات انتقيناها وترجمها مباشرة من اللغة البولندية الى العربية الشاعر العراقي هاتف الجنابي ، ستصدر قريبا.

أبتكر العالم


للبلهاء الضحك

للكئيبين البكاء،

للصلعاء المشط،

للكلاب الحذاء.

هو ذا فصل:

لغة الحيوان والنبات،

حيث لكل صنف

عندك قاموس مناسب

حتى عبارة صباح الخير البسيطة

المتبادلة مع السمكة

أنت،السمكة والجميع

في الحياة تعززكم.

هذا، المحسوس قديما،

فجأة في يقظة الكلمات

ارتجال الغابة !

هذه ملحمة البوم !

هذه خواطر القنفذ،

تؤلف حينما

نكون واثقين،

أنه لا شيء سوى نومه !

الوقت (الفصل الثاني )

له الحق بالتدخل

في كل شيء،سيئا كان أو خيرا،

لكن - هذا الذي يفتت الجبال،

تحرك المحيطات والذي

هو حاضر عد دورة النجوم،

لن تكون له أية سلطة

على عاشقين،لأنهما عاريان تماما،

لأنهما متعانقان تماما، بروح

وجلة مثل عصفور على الكتف،

الشيخوخة مجرد منقبة اخلاقية

مقارنة بحياة القاتل.

اه اذن فالكل هم شباب !

المعاناة (الفصل الثالث )

الجسد لا تهينه

الموت،

حينما تنام، يجيء.

وستحلم

بأنه لا ضرورة لكي تتنفس

وأن الصمت بلا تنفس

موسيقى مقبولة،

وأنك صغير كشرارة

وتنطفيء في المدرج الموسيقى،

الموت فقط هكذا، كثير من الألم

كان عندك وأنت تمسك الوردة باليد

وكنت تحس يذعر أكبر
وأنت ترى، بأن البتلة قد سقطت على الأرض،




العالم هكذا فقط، نقط هكذا

تعيش، وتموت نقط الى هذا الحد.

وكل شيء آخر- هو مثل (باخ )

يعزف لحظة

على منشار،

البعض يحب الشعر

البعض -

يعني ليس اجميع.

حتى ليس أغلب الجميع لكن القلة.

دون أن نعد المدارس، حيث الالزام،

والشعراء أنفسهم،

ربما سيكون هؤلاء الاشخاص اثنين في الألف،

هم يحبون -

لكن الحساء مع المعكرون محبوب أيضا

محبوبة المجاملات واللون الازرق

محبوب اللفاف القديم

محبوب البقاء عند ما هو ذاتي

محبوبة مداعبة الكلب،

يحبون الشعر_

لكن ما هذا الشعر.

قد أجيب على هذا السؤال

بأكثر من جواب قلق.

أما أنا فلا أعرف لا أعرف وأتمسك بذلك

كذراع للخلاص،
في نهر هيراقليط

في نهر هيراقليط

السمكة تصيد السمك،

السمكة تقطع السمكة بسمكة حادة

السمكة تبني السمكة، السمكة تسكن في السمكة
السمكة تهرب من السمكة المحاصرة.


في نهر هيراقليط

السمكة تحب السمكة،

عيناك _ يقول _ تلمعان مثل السمك في السماء،

أريد أن أبحر معك الى بحر مشترك،

يا حسناء القطيع (**)

في نهر هيراقليط

السمكة اختلفت سمكة الاسماك،

السمكة تركع أمام السمكة، السمكة تغني

للسمكة،

ترجو السمكة بسباحة أخف

في نهر هيراقليط

أنا السمكة الواحدة. آنا السمكة المستقلة،

(ولو من السمكة الشجرة ومن السمكة الحجر)

أكتب في اللحظات الخاصة أسماكا صغيرة

بحرشفة فضية للحظة هكذا 0

بحيث يمكن للعتمة في ارتباك أن تومض.

النيزك سقط.

هذا ليس نيزكا.

البركان انفجر.

هذا ليس بركانا.

ثمة من نادى شيئا.

لا شيء لا أحد.

نوق هذه لا أكثر ولا أقل أطلنتس

قردابروغل(***)

هكذا يبدو حلمي الكبير في الثانوية:

يجلس عند لنافذة قردان مربوطان بقيد،

خلف النافذة ترفرف السماء

يستحم البحر

أنجح في تاريخ الناس.

اتمتم واخوض.
القرد يحدق بي يصغي بسخرية،




الثاني كانه ينعس -

وحينما بعد السؤال يطبق الصمت

يحبيبني

برنين خفيض للقيد.
فرح الكتابة

الى أين يعدو الأيل المكتوب عبر الغابة المكتوبة ؟

أمن الماء المكتوب ينهل،

حيث الخطم كنسخة الكربون ينعكس؟

لماذا يرفع الرأس 0أيسمع شيئا؟

متكئأ على أربعة قوائم من الحقيقة مستعارة

يسحج من تحت أصابعي الأذن 0

السكون _ هذه العبارة أيضا تحف فوق الورقة

وتلم

الغصون بكلمة " الغابة ".

فوق الورقة البيضاء تكمن للانقضاض

الأحرف التي يمكنها أن تنتظم خطأ،

الجمل المحاصرة،

التي لا مفر أمامها.

ثمة في قطرة الحبر خزين هائل

لصيادين بغمزة عين،

جاهرين للانزلاق أسفل عبر القلم المنحدر 0

يحيطون بالايل، يصوبون النار،

ينسون بأن الحياة ليست هنا.

قوانين أخرى، سواد على بياض 0تسود هنا.

طرفة عين ستستمر طويلا هكذا0كما أريده

تسمح أن تنقسم الى أبديات صغيرة

مليئة برصاصات موقوفة في الطيران.

ابدا، إن أمرت، هنا لن يحدث شيء.

بدون ارادتي لاتسقط حتى ورقة

انصل ينشني تحت نقطة الحافر.
وجد إذن هكذا عالم،



أتحكم بمصير. مستقلا؟

زمن اربطه بقيود العلامات ؟

وجود بأمرتي متواصل ؟

فرح الكتابة.

إمكانية ترسيخ.

انتقام يد فانية.
مئة سلوى

كان يرغب.بالسعادة،

كان يرغب بالحقيقة،

كان يرغب بالخلود،

أنظروه !

لم يكد يميز الحلم من اليقظة

لم يكد يتوهم بأنه هو،

لإ يكد ينحت اليد أصلا من الزعنفة،

وحجر القداح والصاروخ،

هو سهل على الاغراق في معلقة المحيط،

حتى أنه مضحك قليلا، كيما يضحك الفراغ،

يرى فقط بعينيه.

يسمع فقط بأذنيه،

الرقم القياسي لكلامه هو صيغة الشرط،

يلوم العقل بالعقل،

باحتصار. تقريبا. لا أحد

لكنما الحرية في رأسه المعرفة الكلية والوجود

خارج اللحم غير العاقل

انظروه.

اذ ربما هو موجود 0

حقا حدث

تحت نجمة من نجوم الريف

بشكل ما هو حي وبالأحرى حيوي.

قياسا الى مسخ البلور الخسيس _

هش للغاية.

قياسا الى الطفولة ضمن ضرورات القطيع _
ليس سيئا هو مفرد 00




انظروا!

فقط هكذا0هكذا ولو للحظة

على الأقل عبر اغماضة مجرة صغيرة !

فليتضح في النهاية،

من سيكون، طالما هو كائن

فهو_ متحمس.

متحمس، ينبغي الاعتراف 0جدا.

بهذه الحلقة في الأنف، بهذا الرداء الفضفاض، بهذ0البلوزة.

مئة سلوى مع ذلك.

بائس.

انسان حقيقي.
النهاية والبداية

بعد كل حرب

ثمة من عليه أن ينظف،

مثل هذا النظام

لا يتم وحده.

ثمة من يجب أن يدفع الحطام

الى حوافي الطرقات

لكي تمر

العربات الملأى بالجثث.

ثمة من يجب أن يغوص في الوحل والرما د،

في عتلات الأسرة،

في شظايا الزجاج.

والحزق المدماة.

ثمة من يجب 1ن يجر العارضة

لإسناد الحائط 0

من يضع الزجاج في لنافذة

ويركب الباب على المفاصل.

هذا ليس تصواريا

ويحتاج الى سنوات.

الكاميرات كلها ذهبت
الى حرب أخرى.


يجب اعادة الجسور

والمحطات من جديد

سصير مزقا

أذرع الوصل.

ثمة من لا يزال يستذكر ما كان

وبيده المكنسة

ثمة من يصغي

موافقا برأسه غير المقطوع

لكن قريبا منهم

يشرع بالتحرك أولئك

الذين سيضجرهم مثل ذلك.
ثمة من احيانا

يستخرج من تحت الأجمات

البراهين التي علاها الصدأ

وينقلها الى محرقة النفايات

أولئك الذين رأوا

أسباب ما حدث،

عليهم أن يتركوا المكان

يعرفون قليلا

لمن يعرفون أقل من القليل

وفي النهاية لما يساوي لا شيء

في العشب الذي علا

الاسباب والنتائج

ثمة من عليه أن يستلقي

بسنبلة بين الاسنان

ويتطلع الى الغيوم
محطة القطار

كان عدم وصولي الى مدية نون.

قد تم بالموعد المحدد.

لقد أعلمت برسالة
لم تبعث




لحقت بأن لا تجيء

في الوقت المناسب.

دخل القطار الرصيف الثالث.

نزل ناس كثيرون.

تحرك القطار ناحية الخروج

لم أكن موجودة.

بضع نساء عوضن

بسرعة

في تلك الزحمة.

اقتر ب من واحدة

شخص لا أعرفه

لكنها قد عر فته

فودا.

تبادل كلاهما قبلة غير قبلتنا

وفي ذلك الحين

ضاعت الحقيبة لا حقيبتبى

لا حقيبتي

محطة القطار في مدينة نون

قد نجحت في الامتحان

الوجود الموضوعي

كل شيء كان في مكانه

التفاصيل قد تحركت

في طرقها المعهودة.

حتى أن اللقاء المعهود

قد تم

خارج مدى

حضورنا

في جنة الاحتمالات

المفقودة.

في مكان آخر
في مكان آخر.



كيف ترن هذه الكلمات.

أوبرا هزلية

أولا سيزول حبنا0

بعدها مئة عام ومنتان،

بعدها سنكون مرة أخرى معا:

البهلولة والبهلول

محبوبا الجمهور،

يمثلاننا في المسرح.

مهزلة صغيرة ببعض المقاطع الشعرية

قليلا من الرقص 0كثيرا من الضحك،

صورة أخلاقية دقيقة

وتضيق.

ستكون مضحكا للغاية،

فوق هذه الخشبية بهذا الحسد،

بهذه الريطة.

رأسي متكص،

قليي وتاجي،

القلبي الغبي المشقق

والتاج المتدآعي

سنلتقي،

سنفترق، ضحك في الصالة،

سبعة أنهرسبع قمم

فيما بينهما ابتكراها،

كما لو كان ينقصنا

الهزائم والمعاناة الحقة

- ننقض على بعضنا بالكلمات.

بعدها ننحني

وسيكون هذا نهاية المهزلة.

سيمضي المتفرجون للنوم
ضاحكين حد البكاء.




هم سيعيشون هانئين،

هم سيروضون الحب،

سيأكل من أيد يهم النمر.

ونحن غير محددين دائما

ونحن بالقبعات وأجراسها

بوحشية لرنينها

مصغيان.
توقع

آنا حبة مسكنة،

أعمل في البيت،

لي تأثير في الدائرة،

أقعد للامتحانات 0

أقف وقت المحاكمة،

أجمع بتؤدة الأباريق المهشمة _

ذقني فقط،

ذوبني تحت لسانك،

ابلعني فقط،

واشرب بعد ذلك الماء.

أنا أدري ما أعمل بالمصيبة 0

كيف أحتمل خبرا سيئا،

أخفف الظلم،

أكتشف غياب الاله

أختار قبعة العزاء لوجهي 0

فماذا تتظر ؟

ثق بالرحة الكيمياوية.

من قال

أنت مازلت شابا (ة )،

لابد أن تعيش (شي) بطريقة ما،

من قال،

إن على الحياة أن تعاش بجرأة ؟

أعطني سقوطك._

سأكسوه بالنوم لك،
ستكون (ين) متنا(ة ) لي



على أرجل السقوط الآربعة.

يعني نفسك 0

لن تجد مشتريا آخر

ليس هناك شيطان أخر.

قط في شقة فارغة

آن يموت - هذا ما لا يعمل بالقط.

إذ ما بوسع القط أن يفعل

في شقة فارغة.

أن يتسلق الجدران.

أن يتمسح بالأثاث

ظاهريا لا شيء هنا غير0

ولكنه قد تغير.

ظاهريا لم يحرك

ولكنه قل حرك.

وفي المساءات لم يعد المصباح ينير.

تسمح الخطي على السلالم

ولكنها ليست الخطي.

اليد التي تضح السمكة على الطبق،

أيضا ليست تلك التي وضعت.

ثمة شيء ها لا يبدأ

في وقته المعتاد.

ثمة شيء هنا لا يحدث

كما يبغي.

ثمة من كان هناك وكان 0

وبعدها فجأة اختفى

وباصرار غير موجود.

فحصت كل الخزانات

مرورا بالرفوف

انحشر تحت السجادة وتؤكد.

حتى كسر الممنوع
وبعثر الورق.




ماذا يمكن أن يفعل أكثر من هذا.

أن ينام وينتظر.

فليحاول هو أن يعود،

فليحاول أن يظهر.

هو سيعرف،

أن هذا لا يجوز مع القط.

سيذهب باتجاهه

كما لم يرد ذلك أبدا،

ببطء،

على أطراف ممتعضة جد ا.

لا قفزات لا زقو أول الأمر.

حديث مع الحجر

أدق على باب الحجر.

_ هذي أنا، دخلني،

أريد أن ألج في داخلك،

أتطلع من كل الجهات،

وامتلي ء كالشهيق بك.

- امش - يقول الحجر-

أنا محكم الغلق.

حتى وإن كت محطما

سأكون مغلقا تماما.

حتى وإن كنت ملقى على الرمل.

لا أدخل أحدا.

أدق على باب الحجر.

- هذي أنا دخنلي.

جت لمجرد الفضول.

حيث الحياة هي الفرصة الوحيدة.

أنوي المرور بقصرك،

بعدها أزور الورقة وقطرة الماء.

وقتي ضيق ضيق

وكوني فانية لابد أن يثيرك.

- أنا من حجر- يقول الحجر-
ولا بدلي، بالضرورة، التحلي بالجد 0



إنصرفي من هنا.

ليس لي عضلات الضحك.

أدق على باب الحجر

- هذي أنا، دخلنى

سمعت، أن فنيك صالات كبيرة فارغة 0

غير مرثية، جميلة بلا جدوى 0

صماء، ولإ وقع فيها لخطو0

أعترف 0أنك لا تعرف عن ذلك الكثير.

- صالات كبيرة وفارغة - يقول الحجر-

ولكن ليس فيها من مكان.

جميلة، ربما 0ولكها خارج ذوق

حواسك الفقيرة.

يمكنك التعرف على، لكن لن تكشفينى أبدا.

أواجهك بكامل السطح 0

غير أنني أستلقي بكامل داخلي دبرة

أدق على باب الحجر.

- هذي أنا، دخلنى.

لا أبحث فيك عن مأوى أبدي.

لست غير سعيدة.

كما ولست شريدة.

فعالمي يستحق العودة.

وكشآهد على أنني كت خاضرة حقا0

أدخل وأخرج بيدين فارغتين.

لن أقدم غير الكلمات 0

التي لا احد يثق فيها.

- لن تدخلي - يقول الحجر-

ينقصك حس المشاركة.

لا حس يعوضك عن حس الفعل.

حتى البصر الثاقب اللامحدود

لانفع له بدون حس المشاركة.

لن تدخلي 0أنت تمكين نية ذلك الوعي تقريبا

تقريبا علاقته، والمخيلة.

أدق على باب الحجر.

- هذي أنا، دخلني

لا يمكنني الانتظار ألفي قرن

كي أدخل تحت سقفك.
- اذا ا تصدقيني - يقول الحجر.




اذهبي للورقة، متقوك نفس ما قلت.

لقطرة الماء، ستقول ما قالت الورقة.

وأخيرا اسألي شعرة رأسك.

الضحك يوسعني، الضحك، الضحك الهائل،

الذي لا أعرف به أن أضحك.

أدق على باب الحجر.

- هذي أنا، دخلني.

- لا باب - يقول الحجر.

رسائل الموتي

نقرأ رسائل الموتى كآلهة عاجزين،

لكن مع ذلك آلهة لأننا نعرف التواريخ اللاحقة.

نعرف اي النقود لم تسلم

وكن برعة تزوجت الارامل.

مساكين الموتى، عمي الموتى،

مضللون، لا معصومين، محتاطون بلا روية.

نرى التقاهيع والاشارات المعمولة خلف ظهورهم.

نتصيد بالأذن حفيف الوصايا التالفة

تجلسون أمامنا مضحكين كأنما أمام ارغفة مع الزبدة،

أو ينغمسون في مطاردة القبعات الطائرة من الرؤوس.

ذوقهم الرديء، نابليون، البخار والكهربة،

معالجتهم القاتلة للأمراض القابلة للشفاء،

سفر الرؤيا الساذج طبقا للقديس يوحنا،

الجنة الزائفة على الأرض طبقا الى يوحنا يعقوب...

نراقب بصمت بيادقهم على رقعة الشطرنج.

الى حد أنها محركة ثلاثة مربعات أبعد.

كل شيء تبأرا به، حدث شكل آخر،

أو مغايرا قليلا،يعني أيضا تماما شكل آخر.

متعمبون بثقة يتفرسون بأعيننا،
لأنه تبين لهم من الفاتورة، أنهم يرون فيها الكمال.


الهوامش

* المقصود هنا بالقطيع هو قطيع السمك.

**هيراقليط ( 0 54_ 480 ق.م ) فيلسوف يوناني يعتبر أب الديالكتيك وأن الكون قائم على المتناقضات وأن صفة الواقع هو التغير "كل شيء يجري".
*** بروغل:Beueghel (1528 _ 1569) أشهر رسام هولندي في القرن السادس عشر، وهنا اشارة الى أحدى لوحاته.




هاتف الجنابي(شاعر واستاذ جامعي من العراق ويقيم في بولندا)

****

A Few Words on the Soul
by Wislawa Szymborska
translated from the Polish by Stanislaw Baranczak and Clare Cavanagh


We have a soul at times.
No one’s got it non-stop,
for keeps.

Day after day,
year after year
may pass without it.

Sometimes
it will settle for awhile
only in childhood’s fears and raptures.
Sometimes only in astonishment
that we are old.

It rarely lends a hand
in uphill tasks,
like moving furniture,
or lifting luggage,
or going miles in shoes that pinch.

It usually steps out
whenever meat needs chopping
or forms have to be filled.

For every thousand conversations
it participates in one,
if even that,
since it prefers silence.

Just when our body goes from ache to pain,
it slips off-duty.

It’s picky:
it doesn’t like seeing us in crowds,
our hustling for a dubious advantage
and creaky machinations make it sick.

Joy and sorrow
aren’t two different feelings for it.
It attends us
only when the two are joined.

We can count on it
when we’re sure of nothing
and curious about everything.

Among the material objects
it favors clocks with pendulums
and mirrors, which keep on working
even when no one is looking.

It won’t say where it comes from
or when it’s taking off again,
though it’s clearly expecting such questions.

We need it
but apparently
it needs us
for some reason too.



Born in Bnin, Poland, Wislawa Szymborska won the Nobel Prize for Literature in 1996. Her latest book, Miracle Fair: Selected Poems of Wislawa Szymborska, was published by W. W. Norton & Co. in May, 2001. (2001)

Stanislaw Baranczak is the Alfred Jurzykowski Professor of Polish Literature, Emeritus, at Harvard University. He has translated, among others, Wislawa Szymborska (with Clare Cavanagh) and Jan Kockanowski (with Seamus Heaney) into English and has published over forty volumes of English poetry in Polish translation. (2001)

Clare Cavanagh is an associate professor of Slavic languages at Northwestern University. She has translated, or co-translated with Stanislaw Baranczak, eight books of Polish poetry, most recently Adam Zagajewski’s Selected Poems and Wislawa Szymborska’s Selected Prose. Her own second book, Poetry and Power: Russia, Poland and the West, is forthcoming from Yale University Press, and she is currently writing a biography of Czeslaw Milosz. (2001)

 

**

Wislawa Szymborska

 

(all poems trans. by Stanislaw Baranczak and Clare Cavanagh)

Children of Our Age

We are children of our age,
it's a political age.

All day long, all through the night,
all affairs--yours, ours, theirs--
are political affairs.

Whether you like it or not,
your genes have a political past,
your skin, a political cast,
your eyes, a political slant.

Whatever you say reverberates,
whatever you don't say speaks for itself.
So either way you're talking politics.

Even when you take to the woods,
you're taking political steps
on political grounds.

Apolitical poems are also political,
and above us shines a moon
no longer purely lunar.
To be or not to be, that is the question.
And though it troubles the digestion
it's a question, as always, of politics.

To acquire a political meaning
you don't even have to be human.
Raw material will do,
or protein feed, or crude oil,

or a conference table whose shape
was quarreled over for months;
Should we arbitrate life and death
at a round table or a square one?

Meanwhile, people perished,
animals died,
houses burned,
and the fields ran wild
just as in times immemorial
and less political.


The End and the Beginning

After every war
someone has to tidy up.
Things won't pick
themselves up, after all.

Someone has to shove
the rubble to the roadsides
so the carts loaded with corpses
can get by.

Someone has to trudge
through sludge and ashes,
through the sofa springs,
the shards of glass,
the bloody rags.

Someone has to lug the post
to prop the wall,
someone has to glaze the window,
set the door in its frame.

No sound bites, no photo opportunities,
and it takes years.
All the cameras have gone
to other wars.

The bridges need to be rebuilt,
the railroad stations, too.
Shirtsleeves will be rolled
to shreds.

Someone, broom in hand,
still remembers how it was.
Someone else listens, nodding
his unshattered head.

But others are bound to be bustling nearby
who'll find all that
a little boring.

From time to time someone still must
dig up a rusted argument
from underneath a bush
and haul it off to the dump.

Those who knew
what this was all about
must make way for those
who know little.
And less than that.
And at last nothing less than nothing.

Someone has to lie there
in the grass that covers up
the causes and effects
with a cornstalk in his teeth,
gawking at clouds.


A Film from the Sixties

This adult male.  This person on earth.
Ten billion nerve cells.  Ten pints of blood
pumped by ten ounces of heart.
This object took three billion years to emerge.

He first took the shape of a small boy.
The boy would lean his head on his aunt's knees.
Where is that boy.  Where are those knees.
The little boy got big.  Those were the days.
These mirrors are cruel and smooth as asphalt.
Yesterday he ran over a cat.  Yes, not a bad idea.
The cat was saved from this age's hell.
A girl in a car checked him out.
No, her knees weren't what he's looking for.
Anyway he just wants to lie in the sand and breathe.
He has nothing in common with the world.
He feels like a handle broken off a jug,
but the jug doesn't know it's broken and keeps going to the well.
It's amazing.  Someone's still willing to work.
The house gets built.  The doorknob has been carved.
The tree is grafted.  The circus will go on.
The whole won't go to pieces, although it's made of them.
Thick and heavy as glue sunt lacrimae rerum.
But all that's only background, incidental.
Within him, there's awful darkness, in the darkness a small boy.

God of humor, do something about him, okay?
God of humor, do something about him today.


Four a.m.

The hour between night and day.
The hour between toss and turn.
The hour of thirty-year-olds.

The hour swept clean for rooster's crowing.
The hour when the earth takes back its warm embrace.
The hour of cool drafts from extinguished stars.
The hour of do-we-vanish-too-without-a-trace.

Empty hour.
Hollow.  Vain.
Rock bottom of all the other hours.

No one feels fine at four a.m.
If ants feel fine at four a.m.,
we're happy for the ants.  And let five a.m. come
if we've got to go on living.


Hatred

See how efficient it still is,
how it keeps itself in shape--
our century's hatred.
How easily it vaults the tallest obstacles,
How rapidly it pounces, tracks us down.

It's not like other feelings.
At once both older and younger.
It gives birth itself to the reasons
that give it life.
When it sleeps, it's never eternal rest.
And sleeplessness won't sap its strength; it feeds it.

One religion or another--
whatever gets it ready, in position.
One fatherland or another--
whatever helps it get a running start.
Justice also works well at the outset
until hate gets its own momentum going.
Hatred.  Hatred.
Its face twisted in a grimace
of erotic ecstasy.

Oh these other feelings,
listless weaklings.
Since when does brotherhood
draw crowds?
Has compassion
ever finished first?
Does doubt ever really rouse the rabble?
Only hatred has just what it takes.

Gifted, diligent, hardworking.
Need we mention all the songs it has composed?
All the pages it has added to our history books?
All the human carpets it has spread
over countless city squares and football fields?

Let's face it:
it knows how to make beauty.
The splendid fire-glow in midnight skies.
Magnificent bursting bombs in rosy dawns.
You can't deny the inspiring pathos of ruins
and a certain bawdy humor to be found
in the sturdy column jutting from their midst.

Hatred is a matter of contrast--
between explosions and dead quiet,
red blood and white snow.
Above all, it never tires
of its leitmotif--the impeccable executioner
towering over its soiled victim.

It's always ready for new challenges.
If it has to wait awhile, it will.
They say it's blind.  Blind?
It has a sniper's keen sight
and gazes unflinchingly at the future
as only it can.


Hitler's First Photograph

And who's this little fellow in his itty-bitty robe?
That's tiny baby Adolf, the Hitlers' little boy!
Will he grow up to be an LL.D?
Or a tenor in Vienna's Opera House?
Whose teensy hand is this, whose little ear and eye and nose?
Whose tummy full of milk, we just don't know:
printer's, doctor's, merchant's, priest's?
Where will those tootsy-wootsies finally wander?
To a garden, to a school, to an office, to a bride?
Maybe to the Burgermeister's daughter?

Precious little angel, mommy's sunshine, honey bun.
While he was being born, a year ago,
there was no dearth of signs on the earth and in the sky:
spring sun, geraniums in windows,
the organ-grinder's music in the yard,
a lucky fortune wrapped in rosy paper.
Then just before the labor his mother's fateful dream.
A dove seen in a dream means joyful news--
if it is caught, a long-awaited guest will come.
Knock knock, who's there, it's Adolf's heartchen knocking.

A little pacifier, diaper, rattle, bib,
our bouncing boy, thank God and knock on wood, is well,
looks just like his folks, like a kitten in a basket,
like the tots in every other family album.
Sh-h-h, let's not start crying, sugar.
The camera will click from under that black hood.

The Klinger Atelier, Grabenstrasse, Braunau.
And Braunau is a small, but worthy town--
honest businesses, obliging neighbors,
smell of yeast dough, of gray soap.
No one hears howling dogs, or fate's footsteps.
A history teacher loosens his collar
and yawns over homework.


In Praise of Feeling Bad About Yourself

The buzzard never says it is to blame.
The panther wouldn't know what scruples mean.
When the piranha strikes, it feels no shame.
If snakes had hands, they'd claim their hands were clean.

A jackal doesn't understand remorse.
Lions and lice don't waver in their course.
Why should they, when they know they're right?

Though hearts of killer whales may weigh a ton,
in every other way they're light.

On this third planet of the sun
among the signs of bestiality
a clear conscience is Number One.


Report from the Hospital
 

We used matches to draw lots; who would visit him.
And I lost.  I got up from our table.
Visiting hours were just about to start.

When I said hello he didn't say a word.
I tried to take his hand--he pulled it back
like a hungry dog that won't give up his bone.

He seemed embarrassed about dying.
What do you say to someone like that?
Our eyes never met, like in a faked photograph.

He didn't care if I stayed or left.
He didn't ask about anyone from our table.
Not you, Barry.  Or you, Larry.  Or you, Harry.

My head started aching.  Who's dying on whom?
I went on about modern medicine and the three violets in a jar.
I talked about the sun and faded out.

It's a good thing they have stairs to run down.
It's a good thing they have gets to let you out.
It's a good thing you're all waiting at our table.

The hospital smell makes me sick.


Starvation Camp Near Jaslo

Write it down.  Write it.  With ordinary ink
on ordinary paper; they weren't given food,
they all died of hunger.  All.  How many?
It's a large meadow.  How much grass
per head?
 Write down:  I don't know.
History rounds off skeletons to zero.
A thousand and one is still only a thousand.
That one seems never to have existed:
a fictitious fetus, an empty cradle,
a primer opened for no one,
air that laughs, cries, and grows,
stairs for a void bounding out to the garden,
no one's spot in the ranks.

It became flesh right here, on this meadow.
But the meadow's silent, like a witness who's been bought.
Sunny.  Green.  A forest close at hand,
with wood to chew on, drops beneath the bark to drink--
a view served round the clock,
until you go blind.  Above, a bird
whose shadow flicked its nourishing wings
across their lips.  Jaws dropped,
teeth clattered.

At night a sickle glistened in the sky
and reaped the dark for dreamed-of loaves.
Hands came flying from blackened icons,
each holding an empty chalice.
A man swayed
on a grill of barbed wire.
Some sang, with dirt in their mouths.  That lovely song
about war hitting you straight in the heart.
Write how quiet it is.
Yes.


Tortures

Nothing has changed.
The body is a reservoir of pain;
it has to eat and breathe the air, and sleep;
it has thin skin and the blood is just beneath it;
it has a good supply of teeth and fingernails;
its bones can be broken; its joints can be stretched.
In tortures, all of this is considered.

Nothing has changed.
The body still trembles as it trembled
before Rome was founded and after,
in the twentieth century before and after Christ.
Tortures are just what they were, only the earth has shrunk
and whatever goes on sounds as if it's just a room away.

Nothing has changed.
Except there are more people,
and new offenses have sprung up beside the old ones--
real, make-believe, short-lived, and nonexistent.
But the cry with which the body answers for them
was, is, and will be a cry of innocence
in keeping with the age-old scale and pitch.

Nothing has changed.
Except perhaps the manners, ceremonies, dances.  
The gesture of the hands shielding the head
has nonetheless remained the same.
The body writhes, jerks, and tugs,
falls to the ground when shoved, pulls up its knees,
bruises, swells, drools, and bleeds.

Nothing has changed.
Except the run of rivers,
the shapes of forests, shores, deserts, and glaciers.
The little soul roams among these landscapes,
disappears, returns, draws near, moves away,
evasive and a stranger to itself,
now sure, now uncertain of its own existence,
whereas the body is and is and is
and has nowhere to go.


Vietnam

"Woman, what's your name?"  "I don't know."
"How old are you?  Where are you from?"  "I don't know."
"Why did you dig that burrow?"  "I don't know."
"How long have you been hiding?"  "I don't know."
"Why did you bite my finger?"  "I don't know."
"Don't you know that we won't hurt you?"  "I don't know."
"Whose side are you on?"  "I don't know."
"This is war, you've got to choose."  "I don't know."
"Does your village still exist?"  "I don't know."
"Are those your children?"  "Yes."

 

http://web.archive.org/web/20040110510142/www.certando.net/szymborska.html

 

***************************************************

Wislawa Szymborska
Nobel Prize Awarded Poetry

Translated by: Baranczak and Cavanagh


 

Brueghl's two monkeys
This is what I see in my dreams about final exams:
two monkeys, chained to the floor, sit on the windowsill,
the sky behind them flutters,
the sea is taking its bath.
The exam is History of Mankind.
I stammer and hedge.
One monkey stares and listens with mocking disdain,
the other seems to be dreaming away --
but when it's clear I don't know what to say
he prompts me with a gentle
clinking of his chain.

Hitler's first photograph
And who's this little fellow in his itty-bitty robe?
That's tiny baby Adolf, the Hitlers' little boy!
Will he grow up to be an L.L.D.?
Or a tenor in Vienna's Opera House?
Whose teensy hand is this, whose little ear and eye and nose?
Whose tummy full of milk, we just don't know:
printer's, doctor's, merchant's, priest's?
Where will those tootsy-wootsies finally wander?
To a garden, to a school, to an office, to a bride?
Maybe to the Buergermeister's daughter?
Precious little angel, mommy's sunshine, honey bun.
While he was being born, a year ago,
there was no dearth of signs on the earth and in the sky:
spring sun, geraniums in windows,
the organ-grinder's music in the yard,
a lucky fortune wrapped in rosy paper.
Then just before the labor his mother's fateful dream.
A dove seen in a dream means joyful news--
if it is caught, a long-awaited guest will come.
Knock knock, who's there, it's Adolf's heartschen knocking.
A little pacifier, diaper, rattle, bib,
our bouncing boy, thank God and knock on wood, is well,
looks just like his folks, like a kitten in a basket,
like the tots in every other family album.
Sh-h-h, let's not start crying, sugar,
The camera will click from under that black hood.
The Klinger Atelier, Grabenstrasse, Braunen.
And Braunen is a small but worthy town--
honest businesses, obliging neighbors,
smell of yeast dough, of gray soap.
No one hears howling dogs, or fate's footsteps.
A history teacher loosens his collar
and yawns over homework.

In broad daylight
He would
vacation in a mountain boarding home, he would
come down for lunch, from his
table by the window he would
scan the four spruces, branch to branch,
without shaking off the freshly fallen snow.
Goateed, balding,
gray-haired, in glasses,
with coarsened, weary features,
with a wart on his cheek and a furrowed forehead,
as if clay had covered up the angelic marble - he wouldn't
know himself when it all happened.
The price, after all, for not having died already
goes up not in leaps but step by step, and he would
pay that price, too.
About his ear, just grazed by the bullet
when he ducked at the last minute, he would
say: "I was damned lucky."
While waiting to be served his noodle soup, he would
read a paper with the current date,
giant headlines, the tiny print of ads,
or dram his fingers on the white tablecloth, and his
hands would
have been used a long time now,
with their chapped skin and swollen veins.
Sometimes someone would
yell from the doorway: "Mr. Baczynski, phone call for you" -
and there would be nothing strange about that
being him, about him standing up, straightening his sweater,
and slowly moving towards the door.
At this sight no one would
stop talking, no one would
freeze in mid-gesture, mid-breath
because this commonplace event would
be treated - such a pity -
as a commonplace event.


Hatred
See how efficient it still is,
how it keeps itself in shape -
our century's hatred.
How easily it vaults the tallest obstacles.
How rapidly it pounces, tracks us down.
It's not like other feelings.
At once both older and younger.
It gives birth itself to the reasons
that give it life.
When it sleeps, it's never eternal rest.
And sleeplessness won't sap its strength; it feeds it.
One religion or another -
whatever gets it ready, in position.
One fatherland or another -
whatever helps it get a running start.
Justice also works well at the outset
until hate gets its own momentum going.
Hatred. Hatred.
Its face twisted in a grimace
of erotic ecstasy.
Oh these other feelings,
listless weaklings.
Since when does brotherhood
draw crowds?
Has compassion
ever finished first?
Does doubt ever really rouse the rabble?
Only hatred has just what it takes.
Gifted, diligent, hard working.
Need we mention all the songs it has composed?
All the pages it has added to our history books?
All the human carpets it has spread
over countless city squares and football fields?
Let's face it:
it knows how to make beauty.
The splendid fire-glow in midnight skies.
Magnificent bursting bombs in rosy dawns.
You can't deny the inspiring pathos of ruins
and a certain bawdy humor to be found
in the sturdy column jutting from their midst.
Hatred is a master of contrast -
between explosion and dead quiet,
red blood and white snow.
Above all, it never tires
of its leitmotif - the impeccable executioner
towering over its soiled victim.
It's always ready for new challenges.
If it has to wait awhile, it will.
They say it's blind. Blind?
It has a sniper's keen sight
and gazes unflinchingly at the future
as only it can.

Going home
He came home. Said nothing.
It was clear, though, that something had gone wrong.
He lay down fully dressed.
Pulled the blanket over his head.
Tucked up his knees.
He's nearly forty, but not at the moment.
He exists just as he did inside his mother's womb,
clad in seven walls of skin, in sheltered darkness.
Tomorrow he'll give a lecture
on homeostasis in megagalactic cosmonautics.
For now, though, he has curled up and gone to sleep.


Voices
You can't move an inch, my dear Marcus Emilius,
without Aborigines sprouting up as if from the earth itself.
Your heel sticks fast amidst Rutulians.
You founder knee-deep in Sabines and Latins.
You're up to your waist, your neck, your nostrils
in Aequians and Volscians, dear Lucius Fabius.
These irksome little nations, thick as flies.
It's enough to make you sick, dear Quintus Decius.
One town, then the next, then the hundred and seventieth.
The Fidenates' stubbornness. The Feliscans' ill will.
The shortsighted Ecetrans. The capricious Antemnates.
The Laricanians and Pelignians, offensively aloof.
They drive us mild-mannered sorts to sterner measures
with every new mountain we cross, dear Gaius Cloelius.
If only they weren't always in the way, the Auruncians, the Marsians,
but they always do get in the way, dear Spurius Manlius.
Tarquinians where you would least expect them, Etruscans on all sides.
If that weren't enough, Volsinians and Veientians.
The Aulertians, beyond all reason. And, of course,
the endlessly vexatious Sapinians, my dear Sextus Oppius.
Little nations do have little minds.
The circle of thick skulls expands around us.
Reprehensible customs. Backwards laws.
Ineffectual gods, my dear Titus Vilius.
Heaps of Hernicians. Swarms of Murricinians.
Antlike multitudes of Vestians and Samnites.
The farther you go, the more there are, dear Servius Follius.
These little nations are pitiful indeed.
Their foolish ways require supervision
with every new river we ford, dear Aulus Iunius.
Every new horizon threatens me.
That's how I'd put it, my dear Hostius Melius.
To which I, Hostius Melius, would reply, my dear
Appius Papius: March on! The world has got to end somewhere.
 


 

Family album

No one in this family has ever died of love.
No food for myth and nothing magisterial.
Consumptive Romeos? Juliets diphtherial?
A doddering second childhood was enough.
No death-defying vigils, love-struck poses
over unrequited letters strewn with tears!
Here, in conclusion, as scheduled, appears
a portly, pince-nez'd neighbor bearing roses.
No suffocation-in-the-closet gaffes
because the cuckold returned home too early!
Those frills or furbelows, however flounced and whirly,
barred no one from the family photographs.
No Bosch-like hell within their souls, no wretches
found bleeding in the garden, shirts in stains!
(True, some did die with bullets in their brains,
for other reasons, though, and on field stretchers.)
Even this belle with rapturous coiffure
who may have danced till dawn - but nothing smarter -
hemorrhaged to a better world, b i e n s u r,
but not to taunt or hurt y o u, slick-haired partner.
For others, Death was mad and monumental -
not for these citizens of a sepia past.
Their griefs turned into smiles, their days flew fast,
their vanishing was due to influenza.

http://web.archive.org/web/20040405132539/http://www.pan.net/szymborska/poems.htm

***

 

 

 

 

 

 

koniec.. finisz ... khalas ... finito ...انتهت

************

powrut