Wislawa Szymborska
Wiersze
Gaweda o milosci ziemi ojczystej
Bez tej milosci mozna zyc,
miec serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pic
z dala od zgryzot i pocieszen,
na wlasna miare znac nadzieje,
w mroku kryjowke sobie uwic,
o blasku prochna mowic ,,dnieje'',
o blasku slonca nic nie mowic.
Jakiej milosci braklo im,
ze sa jak okno wypalone,
rozbite szklo, rozwiany dym,
jak drzewo z nagla powalone,
ktore na plytko wroslo w ziemie,
ktoremu wyrwal wiatr korzenie
i jeszcze zyje czastke czasu,
ale juz traci swe zielenie
i juz nie szumi w chorze lasu?
Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie bede powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radoscia, smutkiem, duma, gniewem.
Nie bede jak zerwana nic,
Odrzucam pusto brzmiace slowa.
Mozna nie kochac cie - i zyc,
ale nie mozna owocowac.
Ta dawnosc jej w glebokich warstwach... Czasem posrodku drogi stane:
moze nieznanych piesni garstka
w skrzyni zelazem nabijanej,
a moze dzban, a moze luk
jeszcze sie w lonie ziemi grzeje,
moze pradawny domu prog
ten, ktorym wkroczylismy w dzieje?
Stad ide mysla w przyszle wieki, wyobrazenia nowe skladam.
Kamien lezacy na dnie rzeki
ogladam i ksztalt jego badam.
Z kamienia tego rzezbiarz przyszly wyrzezbi glowe rowiesnika.
Ten kamien lezy w nurcie Wisly,
a w nim potomna twarz ukryta.
By na tej twarzy spokoj byl
i dobroc, i rozumny usmiech,
narod moj nie zaluje sil,
walczy i tworzy, i nie usnie. Pierscienie swietlnych lat nad nami, ziemia ojczysta pod stopami.
Nie bede ptakiem wyploszonym
ani jak puste gniezdo po nim.
Pytania zadawane sobie 1954
Niektorzy lubia poezje
Niektorzy -
czyli nie wszyscy.
Nawet nie wiekszosc wszystkich ale mniejszosc. Nie liczac szkol, gdzie sie musi,
i samych poetow,
bedzie tych osob chyba dwie na tysiac.
Lubia -
ale lubi sie takze rosol z makaronem,
lubi sie komplementy i kolor niebieski,
lubi sie stary szalik,
lubi sie stawiac na swoim,
lubi sie glaskach psa.
Poezje -
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedz
na to pytanie juz padla.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam sie tego jak zbawiennej poreczy.
Minuta ciszy po Ludwice Wawrzynskiej
A ty dokad,
tam juz tylko dym i plomien!
- Tam jest czworo cudzych dzieci,
ide po nie!
Wiec, jak to,
tak odwyknac nagle
od siebie?
od porzadku dnia i nocy?
od przyszlorocznych sniegow?
od rumienca jablek?
od zalu za miloscia,
ktorej nigdy dosyc?
Nie zegnajaca, nie zegnana
na pomoc dzieciom biegnie sama, patrzcie, wynosi je w ramionach,
zapada w ogien po kolana,
lune w szalonych wlosach ma.
A chciala kupic bilet, wyjechac na krotko,
napisac list,
okno otworzyc po burzy, wydeptac sciezke w lesie, nadziwic sie mrowkom, zobaczyc jak od wiatru jezioro sie mruzy.
Minuta ciszy po umarlych czasem do poznej nocy trwa.
Jestem naocznym swiadkiem lotu chmur i ptakow, slysze, jak trawa rosnie
i umiem ja nazwac, odczytalam miliony drukowancyh znakow, wodzilam teleskopem
po dziwacznych gwiazdach,
tylko nikt mnie dotychczas nie wzywal na pomoc
i jesli pozaluje
liscia, sukni, wiersza -
Tyle wiemy o sobie,
ile nas sprawdzono.
Mowie to wam
ze swego nieznanego serca.
Wolanie do Yeti 1957
Z nieodbytej wyprawy w Himalaje
Aha, wiec to sa Himalaje.
Gory w biegu na Ksiezyc.
Chwila startu utrwalona
na rozprutym nagle niebie. Pustynia chmur przebita. Uderzenie w nic.
Echo - biala niemowa.
Cisza.
Yeti, nizej jest sroda, abecadlo, chleb
i dwa a dwa to cztery,
i topnieje snieg.
Jast czerwone jabluszko przekrojone na krzyz.
Yeti, nie tylko zbrodnie
sa u nas mozliwe.
Yeti, nie wszystkie slowa skazuja na smierc.
Dziedziczymy nadzieje dar zapominania. Zobaczysz, jak rodzimy dzieci na ruinach.
Yeti, Szekspira mamy.
Yeti, na skrzypcach gramy. Yeti o zmroku
zapalamy swiatlo.
Tu - ni ksiezyc, ni ziemia
i lzy zamarzaja.
) Yeti Poltwardowski, zastanow sie, wroc!
Tak w czterech scianach lawin wolam do Yeti
przytupujac dla rozgrzewki
na sniegu
na wiecznym.
Wolanie do Yeti 1957
Przy winie
Spojrzal, dodal mi urody,
a ja wzielam ja jak swoja.
Szczesliwa, polknelam gwiazde.
Pozwolilam sie wymyslic
na podobienstwa odbicia
w jego oczach. Tancze, tancze
w zatrzesieniu naglych skrzydel.
Stol jest stolem, wino winem
w kieluszku, co jest kieliczkiem i stoi stojac na stole.
A ja jestem urojona,
urojona nie do wiary,
urojona az do krwi.
Mowie mu, co chce: o mrowkach umierajacych z milosci
pod gwiazdozbiorem dmuchawca. Przysiegam, ze biala roza, pokropiona winem, spiewa.
Smieje sie, przechylam glowe. ostroznie, jakbym sprawdzala wynalazek, Tancze, tancze
w zdumionej skorze, w objeciu, ktore mnie stwarza.
Ewa z zebra, Venus z piany, Minerwa z glowy Jowisza
byly bardziej rzeczywiste.
Kiedy on nie patrzy na mnie, szukam swojego odbicia
na scianie. I widze tylko gwozdz, z ktorego zdjeto obraz
Sol 1962
Koloratura
Stoi pod peruczka drzewa,
na wieczne rozsypanie spiewa
zgloski po wlosku, po srebrzystym
i ceinkim jek pajecza wydzielina.
Czlowieka przez wysokie C
kocha i zawsze kochac chce,
dla niego w gardle ma lusterka, trzykrotnie slowek cwiartki cwierka i drobiac grzanki do smietanki karmi baranki z filizanki
filutka z filigranu.
Ale czy dobrze slysz? Biada!
Czarny sie fagot do niej skrada. Ciezka muzyka na kruczych brwiach porywa, lamie ja wpol ach -
Basso Profondo, zmiluj sie,
doremi mane thekel fares!
Chcesz, zeby zmilkla? Uwiesc ja
w ziemne kulisy swiata? W kraine
chronicznej chrypki? W Tartar kataru? Gdzie wiekuiste pochrzakiwanie?
Gdzie poruszaja sie pyszczki rybie dusz nieszczesliwych? Tam?
O nie! O nie! W godzinie zlej
Nie trzeba spadac z miny swej!
Na wlosie przeslyszanym w glos
tylko sie chwilke chwieje los,
tyle, by mogla oddech wziac,
gdzie wraca w krysztal vox humana
i brzmi jak swiatlem zasial.
Sol 1962
Konkurs pieknosci meskiej
Od szczek do piety wszedl napiety. Oliwne na nim firmamenty.
Ten tylko moze byc wybrany,
kto jest jak strucla zasuplany.
Z niedzwiedziem bierze sie za bary groznym (chociaz go wcale nie ma). Trzy niewidzialne jaguary
padaja pod ciosami trzema.
Rozkroku mistrz i przykucania.
Brzuch ma w dwudziestu pieciu minach. Bija mu brawo, on sie klania
na odpowiednich witaminach.
Sol 1962
Oboz glodowy pod Jaslem
Napisz to. Napisz. Zwyklym atramentem na zwyklym papierze: nie dano im jesc, wszyscy pomarli z glodu. Wszyscy. Ilu? To duza laka. Ile trawy
przypadlo na jednego? Napisz: nie wiem. Historia zaokragla szkielety do zera. Tysiac i jeden to wciaz jeszcze tysiac. Ten jeden, jakby go wcale nie bylo: plod urojony, kolyska prozna, elementarz otwarty dla nikogo,
powietrze, ktore smieje sie, krzyczy i rosnie, schody dla pustki zbiegajacej do ogrodu, miejsce niczyje w szeregu.
Jedtesmy na tej lace, gdzie stalo sie cialem. A ona milczy jak kupiony swiadek.
W slonu. Zielona. Tam opodal las
do zucia drewna, do picia spod kory -
porcja widoku calodzienna,
poki sie nie oslepnie. W gorze ptak,
ktory po ustach przesuwal sie cieniem pozywnych skrzydel. Otwieraly sie szczeki, uderzal zab o zab.
Noca na niebie blyskal sierp
i zal na snione chleby.
Nadlatywaly rece z poczernialych ikon,
z pustymi kielichami w palcach.
Na roznie kolczastego drutu
chwial sie czlowiek.
Spiewano z ziemia w ustach. Sliczna piesn
o tym, ze wojna trafia prosto w serce.
Napisz, jaka tu cisza.
Tak.
Sol 1962
Sto pociech
Zachcialo mu sie szczescia, zachcialo mu sie prawdy, zachcialo mu sie wiecznosci, patrzcie go!
ledwie rozroznil sen od jawy,
ledwie domyslil sie, ze on to on, ledwie wystrugal reka z pletwy rodem krzesiwo i rakiete,
latwy do utopienia w lyzce oceanu,
za malo nawet smieszny, zeby pustke smieszyc, oczami tylko widzi,
uszami tylko slyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy, rozumem gani rozum,
slowem: prawie nikt,
ale wolnosc mu w glowie, wszechwiedza i byt poza niemadrym miesem,
patrzcie go!
Bo przeciez chyba jest,
naprawde sie wydarzyl
pod jedna z gwiazd prowincjonalnych.
Na swoj sposob zywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryszalu -
sosc powaznie zdziwiony.
Jak na trudne dziecinstwo w koniecznosciach stada niezle juz poszczegolny.
Patrzcie go!
Tylko tak dalej, dalej choc przez chwile, bodaj przez mgnienie galaktyki malej! Niechby sie wreszcie z grubsza okazalo, czym bedzie, skoro jest.
A jest - zawziety.
Zawziety, trzeba przyznac, bardzo.
Z tym kolkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze. Sto pociech, badz co badz.
Nieboze.
Istny czlowiek.
Sto pociech 1967
Wszelki wypadek
Zdarzyc sie moglo.
Zdarzyc sie musialo.
Zdarzylo sie wczesniej. Pozniej. Blizej. Dalej. Zdarzylo sie nie tobie.
Ocalales, bo byles pierwszy.
Ocalales, bo byles ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padal deszcz. Bo padal cien.
Bo panowala sloneczna pogoda.
Na szczescie tam byl las.
Na szczescie nie bylo drzew.
Na szczescie szyba, hak, belka, hamulec, framuga, zakret, milimetr, sekunda.
Na szczescie brzytwa plywala po wodzie.
Wskutek, poniewaz, a jednak, pomimo, co by to bylo, gdyby reka, noga,
o krok, o wlos
od zbiegu okolicznosci.
Wiec jestes? Prosto z uchylonej jeszcze chwili? Siec byla jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem sie nadziwic, namilczec sie temu. Posluchaj,
jak mi predko bije twoje serce
Wszelki wypadek 1972
Szkielet jaszczura
Kochani Bracia,
widzimy tutaj przyklad zlych proporcji:
oto skielet jaszczura pietrzy sie przed nami -
Drodzy Przyjaciele,
na lewo ogon w jedna nieskonczonosc,
na prawo szyja w druga -
Szanowni Towarzysze,
posrodku cztery lapy, co ugrzezly w mule
pod pagorem tulowia -
Laskawi Obywatele,
przyroda sie nie myli, ale lubi zarty:
prosze zwrocic uwage na te smieszna glowke -
Panie, Panowie,
taka glowka niczego nie mogla przewidziec
i dlatego jest glowka wymarlego gada -
Czcigodni Zgromadzeni,
za malo mozgu, za duzy apetyt,
wiecej glupiego snu niz madrej trwogi -
Dostojni Goscie,
pod tym wzgledem jestesmy w duzo lepszej formie, zycie jest piekne i ziemia jest nasza -
Wyborni Delegaci,
niebo gwiazdziste nad myslaca trzcina,
prawo moralne w niej -
Przeswietna Komisjo,
udalo sie raz
i moze tylko pod tym jednym sloncem -
Naczelna Rado,
jakie zreczne rece,
jakie wymowne usta,
ile glowy na karku -
Najwyzsza Instancjo,
coz za odpowiedzialnosc na miejsce ogona -
Wszelki wypadek 1972
W bialy dzien
Do pensjonatu w gorach jezdzilby,
na obiad do jadalni schodzilby,
na cztery swierki z galezi na galaz
nie otrzasajac z nich swiezego sniegu
zza stolika pod oknem patrzylby.
Z brodka przycieta w szpic,
lysawy, siwiejacy, w okularach,
o pogrubialych i znuzinych rysach twarzy,
z brodawka na policzku i faldzistym czolem, jakby anielski marmur oblepila ludzka glina -
a kiedy to sie stalo, sam nie wiedzialby,
bo przeciez nie gwaltownie, ale pomalutku zwyzkuje cena za to, ze sie nie umarlo wczesniej i rowniez on te cene placilby.
O chrzastce ucha ledwie drasnietej pociskiem
- gdy glowa uchylila sie w ostatniej chwili ,,cholerne mialem szczescie'' mawialby.
Czekajac az podadza rosol z makaronem dziennik z biezaca data czytalby, wielkie tytuly, ogloszenia drobne, albo bebnil palcami bo bialym obrusie, a mialby uzywane od dawna dlonie
o spierzchlej skorze i wypuklych zylach.
Czasami ktos od progu wolalby:
,,panie Baczynski, telefon do pana''
i nic dziwnego w tym nie byloby,
ze to on i ze wstaje obciagajac sweter
i bez pospiechu rusza w strone drzwi.
Rozmow na widok ten nie przerywanoby,
w pol gestu i w pol tchu nie zastyganoby, bo zwykle to zdarzenie, a szkoda, a szkoda, jako zwykle zdarzenie traktowanoby.
,,Polityka'' 5 IV 1980
Wieczor autorski
Muzo, nie byc bokserem to jest nie byc wcale. Ryczacej publicznosci poskapilas nam. Dwanascie osob jest na sali,
juz czas, zebysmy zaczynali.
Polowa pryszla, bo deszcz pada,
reszta to krewni. Muzo.
Kobiety rade zemdlec w ten jesienny wieczor, zrobia to, ale tylko na bokserskim meczu. Dantejskie sceny tylko tam.
I wniebobranie. Muzo.
Nie byc bokserem, byc poeta,
miec wyrok skazujace na ciezkie norwidy,
z braku muskulatury demonstrowac swiat
przyszla lekture szkolna - w najszczesliwszym razie o Muzo. O pegazie,
aniele konski.
W pierwszym rzadku staruszek slodko sobie sni, ze mu zona nieboszczka z grobu wstala i upiecze staruszkowi placek ze sliwkami.
Z ogniem, ale niewielkim, bo sie placek spali, zaczynamy czytanie. Muzo.
Sol 1962
Pochwala zlego o sobie mniemania
Myszolow nie ma sobie nic do zarzucenia. Skrupuly obce sa czarnej panterze.
Nie watpio o slusznosci czynow swych piranie. Grzechotnik aprobuje siebie bez zastrzezen.
Samokrytyczny szakal nie istnieje. Szarancza, aligator, trychina i giez zyja jak zyja i rade sa z tego.
Sto kilogramow wazy serce orki,
ale pod innym wzgledem lekkie jest.
Nic bardziej zwierzecego
niz czyste sumienie
na trzeciej planecie Slonca.
Buffo
Najpierw minie nasza milosc,
poterm sto i dwiescie lat,
potem znow bedziemy razem:
komediantka i komediant, ulubiency publicznosci, odegraja nas w teatrze.
Mala farsa z kupletami,
troche tanca, duzo smiechu, trafny rys obyczajowy
i oklaski.
Bedziesz smieszny nieodparcie na tej scenie, z ta zazdroscia, w tym krawacie.
Moja glowa zawrocona, moje serce i korona, glupie serce pekajace i korona spadajaca.
Bedziemy sie spotykali, rozstawali, smiech na sali, siedem rzek, siedem gor
miedzy soba obmyslali.
I jakby nam bylo malo rzeczywistych jlesk i cierpien - dobijemy sie slowami.
A potem sie poklonimy
i to bedzie farsy kres. Spektatorzy pojda spac ubawiwszy sie do lez.
Onie beda slicznie zyli,
oni milosc oblaskawia,
tygrys bedzie jadl z ich reki.
A my wiecznie jacys tacy,
a my w czapkach z dzwoneczkami, w ich dzwonienie barbarzynsko zasluchani.
Nic dwa razy
Nic dwa razy sie nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodzilismy sie bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.
Chocbysmy uczniami byli najtepszymi w szkole swiata
nie bedziemy repetowac
zadnej zimy ani lata.
Zaden dzien sie nie powtorzy, nie ma dwoch podobnych nocy, dwoch tych samych pocalunkow,
dwoch jednakich spojrzen w oczy.
Wczoraj, kiedy twoje imie
ktos wymowil przy mnie glosno, tak mi bylo, jakby roza
przez otwarte wpadla okno.
Dzis, kiedy jestesmy razem, odwrocilam twarz ku scianie. Roza? Jak wyglada roza?
Czy to kwiat? A moze kamien?
Czemu ty sie, zla godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lekiem? Jestes - a wiec musisz minac. Miniesz - a wiec to jest piekne.
Usmiechnieci, wpolobjeci sprobujemy szukac zgody,
choc roznimy sie od siebie
jak dwie krople czystej wody.
Milosc od pierwszego wejrzenia
Oboje sa przekonani,
ze polaczylo ich uczucie nagle. Piekna jest taka pewnosc,
ale niepewnosc jest piekniejsza.
Sadza, ze skoro nie znali sie wczesniej, nic miedy nimi nigdy sie nie dzialo.
A co na to ulice, schody, korytarze,
na ktorych mofli sie od dawn mijac?
Chcialabym ich zapytac, czy nie pamietaja -
moze w drzwiach obrotowych kiedys twarza w twarz?
jakies ,,przepraszam'' w scisku? glos ,,pomylka'' w sluchawce?
- ale znam ich odpowiedz.
Nie, nie pamietaja.
Bardzo by ich zdziwilo,
ze od dluzszego juz czasu
bawil sie nimi przypadek.
Jeszcze nie calkiem gotow zamienic sie dla nich w los, zblizal ich i oddalal,
zabiegal im droge
i tlumiac chichot
odskakiwal w bok.
Byly znaki, sygnaly,
coz z tego, ze nieczytelne.
Moze trzy lata temu
albo w zeszly wtorek
pewien listek przefrunal
z ramienia na ramie?
Bylo cos zgubionego i podniesionego. Kto wie, czy juz nie pilka
w zaroslach dziecinstwa?
Byly klamki i dzwonki,
na ktorych zawczasu
dotyk kladl sie na dotyk.
Walizki obok siebie w przechowalni. Byl moze pewnej nocy jednakowy sen, natyczmiast po zbudzeniu zamazany.
Kazdy przeciez poczatek to tylko ciag dalszy,
a ksiega zdarzen
zawsze otwarta w polowie.
Prospekt
Jestem pastalka na uspokojeni. Dzialam w mieszkaniu,
skutkuje w urzedzie,
siadam do egzaminow,
staje na rozprawie,
starannie sklejam rozbite garnuszki tylko mnie zazyj,
rozpusc pod jezykiem,
tylko mnie polknij,
tylko popij woda.
Wiem, co robic z nieszczesciem, jak zniesc zla nowine, zmniejszyc niesprawiedliwosc, rozjasnic brak Boga,
dobrac do twarzy kapelusz zalobny. Na co czekasz -
zaufaj chemicznej litosci.
Jestes jeszcze mlody (mloda),
powinienes (powinnas) urzadzic sie jakos. Kto powiedzial,
ze zycie ma byc odwaznie przezyte?
Oddaj mi swoja przepasc wymoszcze ja snem,
bedziesz mi wdzieczny (wdzieczna) za cztery lapy do spadania.
Sprzedaj mi swoja dusze. Inny kupiec sie nie trafi.
Innego diabla juz nie ma.
Nienawisc
Spojrzcie, jaka wciaz sprawna,
jak dobrze sie trzyma
w naszym stuleciu nienawisc.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to latwe dla niej - skoczyc, dopasc.
Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i mlodsza od nich rownoczesnie. Sama rodzi przyczyny,
ktore ja budza do zycia.
Jesli zasypia, to nigdy snem wiecznym. Bezsennosc nie odbiera jej sil, ale dodaje.
Religia nie religia -
byle przykleknac na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna -
byle sie zerwac do biegu.
Niezla i sprawiedliwosc na poczatek.
Potem juz pedzi sama.
Nienawisc. Nienawisc.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy milosnej.
Ach, te inne uczucia cherlawe i slamazarne. Od kiedy to braterstwo moze liczyc na tlumy?
Wspolczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobilo do mety?
Zwatpienie ilu chetnych porywa za soba? Prtywa tylko ona, ktora swoje wie,
Zfolna, pojetna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mowic ile ulozyla piesni. Ile stronic historii ponumerowala.
Ile dywanow z ludzi porozposcierala
na ilu placach, stadionach.
Nie oklamujemy sie:
potrafi tworzyc piekno.
Wspaniale sa jej luny czarna noca. Swietne kleby wybuchow o roznym swicie. Trudno odmowic patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczacej nad nimi kolumnie.
Jest mistrzynia kontrastu
miedzy loskotem a cisza,
miedzy czerwona krwia a bialym sniegiem. A nade wszystko nigdy jej nie nudzi motyw schludnego oprawcy
nad splugawiona ofiara.
Do nowych zadan w kazdej chwili gotowa. Jezeli musi poczekac, poczeka.
Mowia, ze slepa. Slepa?
Ma bystre oczy snajpera
i smialo patrzy w przyszlosc
- ona jedna.
Tortury
Nic sie nie zmienilo.
Cialo jest bolesne,
jesc musi i oddychac powietrzem, i spac, ma cienka skure, a tuz pod nia krew,
ma spory zasob zebow i paznokci,
kosci jego lamliwe, stawy rozciaglliwe.
W torturach jest to wszystko brane pod uwage.
Nic sie nie zmienilo.
Cialo drzy, jak drzalo
przed zalozeniem Rzymu i po jego zalozeniu,
w dwudziestym wieku przed i po Chrystusie, tortury sa, jak byly, zmalala tylko ziemia
i cokolwiek sie dzieje, to tak jak za sciana.
Nic sie nie zmienilo.
Przybylo tylko ludzi,
obok starych przewinien zjawily sie nowe, rzeczywiste, wmowione, chwilowe i zadne,
ale krzyk, jakim cialo za nie odpowiada,
byl, jest i bedzie krzykiem niewinnosci, podlug odwiecznej skali i rejestru.
Nic sienie zmienilo.
Chyba tylko maniery, ceremonie, tance.
Ruch rak oslaniajacych glowe
pozostal jednak ten sam.
Cialo sie wije, szarpie i wyryka,
sciete z nog pada, podkurcza kolana,
sinieje, puchnie, slini sie i broczy.
Nic sie nie zmienilo.
Poza biegiem rzek,
linia lasow, wybrzezy, pustyn i lodowcow. Wsrod tych pejzazy duszyczka sie snuje, znika, powraca, zbliza sie, oddala,
sama dla siebie obca, nieuchwytna,
raz pewna, raz niepewna swojego istnienia, podczas gdy cialo jest i jest i jest
i nie ma sie gdzie podziac.
**********************************************************************
koniec.. finisz ... khalas ... finito ...انتهت
************